Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

9/15/2020

9/15/2020

Dacre Stoker, J. D. Barker "Dracul"

Dacre Stoker, J. D. Barker "Dracul"

Motyw krwiopijców w literaturze obecny jest od dawna, a postać wampira zmienia się w zależności od epoki. Jakiś czas temu rynek był wręcz przesycony bohaterami z mniejszymi lub większymi kłami, a moda ta zaczęła się od wielkiej ekspansji "Zmierzchu", który dość drastycznie zmienił wizerunek wampira. Przez to lub też dzięki temu czytelnicy docenili jednego z najsłynniejszych upiorów literatury - Draculę. 

Powieść Brama Stokera wspominana była (i wciąż jest) tęsknie przez fanów horrorów i grozy. Nic dziwnego, że liczne nawiązania do jego kultowego dzieła pojawiają się w różnych dziedzinach sztuki - w kinie, teatrze i, oczywiście, literaturze. Kiedy więc zobaczyłam, że potomek ojca Draculi  i J.D. Barker wydają książkę, będącą tak naprawdę wstępem do "Draculi", byłam zachwycona. Niemniej, mój zachwyt nie był wcale mniejszy od oczekiwań - a te były naprawdę spore. 

"Dracul" opowiada o życiu Brama Stokera - o jego dzieciństwie, młodości i dorosłości. Okazuje się, że to właśnie wydarzenia z dzieciństwa pobudziły wyobraźnię znanego pisarza - choroba przykuła go do łóżka, ale nie zaćmiła spostrzegawczości. Kilkuletni Bram zauważył zjawiskową zbieżność pomiędzy jego stanem zdrowia a samopoczuciem jego ukochanej opiekunki - Ellen Crone. To zjawisko doprowadziło go w dorosłości do wieży, w której próbował stawić czoła nieznanemu złu. Najpierw jednak musimy dowiedzieć się, jak do tego doszło...

Jestem pełna uznania dla autorów za niesamowitą kreację bohaterów. Rodzina Stokerów była liczna, jednak udało się zobrazować ich członków oraz zażyłości między nimi - w szczególności rodzeństwo kluczowe dla fabuły. Chociaż imion przewinęło się przez książkę dość sporo, każde z nich otrzymało twarz oraz własną historię - adekwatnie do odgrywanej roli. To sprawiło, że bohaterowie charakterologicznie różnią się od siebie, a do tego wielu autorów nie przywiązuje aż takiej wagi. 

Nie spodziewałam się, że moją ulubioną postacią okaże się kobieta. Niestety, zazwyczaj w literaturze spotykam słabe i irytujące przedstawicielki płci pięknej. Nie sądziłam, że siostra Brama okaże się kobietą z charakterem, silną, odważną, pełną życia, otwartą, utalentowaną i zdecydowanie wyprzedzającą swoje czasy. 

Epoka także została przedstawiona w taki sposób, że w głowie momentalnie maluje się opisywany obraz. Duch czasów został zamknięty w słowach oraz wydarzeniach - zdecydowanie można go wyczuć, kiedy mowa była o sytuacjach z udziałem studentów medycyny. Mnie bardzo zaciekawiło traktowanie osób chorych psychicznie oraz klasyfikacja i leczenie chorób psychicznych. O ile metody są mi znane przez studia psychologiczne (historia myśli psychologicznej to naprawdę ciekawy przedmiot!), to Dacre Stocker i J.D. Barker sfabularyzowali znajome sceny z podręcznika. 

To wszystko było możliwe dzięki opisom - nie, nie były one za długie, jak to często bywa. Były istotne dla budowania klimatu grozy (ach, te irlandzkie zamki...), ale nie pełniły wyłącznie funkcji ozdobnej. Były potrzebne i kluczowe dla fabuły, napędzały watką akcję. W długich fragmentach bez dialogów także działo się sporo, choć wiele kiepskich książek nauczyło mnie, niestety, że opisy to tylko ozdobniki. "Dracul" jest pełen opisów, które są potrzebne, a elementy grozy są w nie naturalne wplecione. Budzące emocje rekwizyty nie są ot tak wrzucone do tekstu, a jednocześnie nie wiemy, kiedy możemy się ich spodziewać. Dodać do tego pojawiający się raz na jakiś czas żart, a otrzymujemy naprawdę rewelacyjny styl pisania. 

To jednak nie wszystko, bo książkę urozmaicają także listy - zarówno Brama, jak i jego siostry oraz brata. Różne spojrzenia na rozgrywające się wydarzenia poszerzają horyzont czytelnika, a jednocześnie dodają klimatu powieści. Zmienność narracji oraz epistolarne fragmenty dodają autentyczności przedstawianej historii. 

Aurę grozy i tajemniczości podtrzymuje także rozstrzał czasowy. Zmienność chronologiczna rozdziałów buduje napięcie - szczególnie, kiedy przeszłość w końcu musi spotkać się z teraźniejszością, którą znamy od pierwszych stron powieści. Od samego początku wiemy, że Bram w końcu będzie musiał spotkać się na wieży z nieokreślonym złem. Jakie to zło? Tego stopniowo będziemy się dowiadywać z przeszłości pisarza. Jednak punkt zderzenia się tych czasów nie jest punktem kulminacyjnym - zaskakująco akcja rwie dalej. 

"Dracul" nie jest jednak idealny. Pojawiło się, niestety, kilka sprzeczności (niewiele, ale jednak) oraz niejasnych fragmentów, które musiałam konfrontować z wydarzeniami lub słowami sprzed kilku stron. Takie sytuacje nie miały miejsca zbyt często - dużo gorzej w mojej ocenie wypadają wydarzenia po wspomnianym zderzeniu się przeszłości z teraźniejszością. Spodziewałam się, że to właśnie w tej części będą miały miejsce najbardziej zapadające w pamięci sceny.  Niemniej, samo zakończenie bardzo mnie zaskoczyło - nie wspominając nawet o całkowicie niespodziewanej genezie powstania "Draculi". Co jak co, ale źródła znanej książki nie można się spodziewać przez całą powieść.

Polecam serdecznie - w szczególności znudzonym czytelnikom, którzy dawno nie trzymali w rękach dobrej książki o wampirach. "Dracul" będzie idealną propozycją na zbliżające się jesiennie i zimowe wieczory. Przy tak wciągającej lekturze długie noce (nie) będą straszne. 


Wydawnictwo: Wydawnictwo Czarna Owca
Data wydania: 02.09.2020
Liczba stron: 544
Przeczytane: 06.09.2020
Ocena: 8/10


9/06/2020

9/06/2020

Dawid Kain "Wszystkie grzechy Korporacji Somnium"

Dawid Kain "Wszystkie grzechy Korporacji Somnium"

Do książek współczesnych polskich autorów podchodzę z olbrzymim dystansem, a im głośniejsze nazwisko, tym większego rozczarowania się spodziewam. Szczególnie na bakier mam z polską fantastyką - to właśnie ten gatunek wprawia mnie w największe zakłopotanie. Z sercem na ramieniu sięgnęłam po "Wszystkie grzechy Korporacji Somnium". Patrząc jednak na gabaryty książki, mogłam stracić niewiele czasu lub zyskać krótką, ale dobrą lekturę. 

Książka to zbiór siedmiu opowiadań Dawida Kaina. Opis na odwrocie okładki mówił niewiele,  ale wymienione są za to poszlaki, wskazujące na owianą tajemnicą Korporację Somnium - nanotechnologia, nieśmiertelność, metafizyka, światy równoległe, klonowanie i kontrola umysłów. 

Brzmi ciężko i topornie? Owszem. Czy wykonanie też takie było? Ani trochę. Opowiadania są napisane zaskakująco lekkim i jakże dobrym stylem. Nie spodziewałam się, że pozycja zahaczająca o zagadnienia metafizyki i nanotechnologii możne być zakreślona w tak przystępny sposób. Dzięki temu, a także przez niewielką liczbę stron, "Wszystkie grzechy Korporacji Somnium" stanowi idealną propozycję na jeden wieczór. 

Bardzo podoba mi się sama tematyka - takie motywy nie są aż tak często spotykanie, szczególnie na polskim rynku tytułów fantasy. Ponadto, Dawid Kain podszedł do problematyki w sposób niekonwencjonalny, nieoczywiście żonglując tymi hasłami. W końcu podczas lektury nie miałam wrażenia, że coś podobnego już czytałam. Miałam przed sobą książkę, która nie jest w kółko o tym samym i nie przypomina większości pozycji na rynku. 

Opowiadania same w sobie są niebanalne, pomijając nawet intrygującą tematykę. Czytelnik łatwo odnajduje się w fabule naprawdę różnych od siebie opowiadań, których akcja poprowadzona jest nieszablonowo. Zakończeń najczęściej nie sposób przewidzieć. Na plus zasługuje również odpowiednie ułożenie utworów w całym zbiorze.

Jestem zahipnotyzowana także niepokojącym klimatem opowiadań. Nie były one straszne w klasycznym pojęciu tego słowa, ale na pewno budziły szczególny niepokój i niepewność - tym bardziej, że bazowały na czymś, co większość z nas zna mniej lub bardziej. Mowa o Krakowie, który w zbiorze pojawił się kilkukrotnie i za każdym razem bliskie mi miasto zostało przedstawione jako miejsce zupełnie obce. 

Jeśli ktoś poszukuje niebanalnej, innej i ciekawej książki, polecam "Wszystkie grzechy Korporacji Somnium".  


Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 31.07.2020
Liczba stron: 133
Przeczytane: 22.08.2020
Ocena: 8/10

1/17/2019

1/17/2019

Katarzyna Berenika Miszczuk "Druga szansa"

Katarzyna Berenika Miszczuk "Druga szansa"
"Druga szansa" Katarzyny Beterniki Miszczuk to dosłownie druga szansa dla mojego czytelniczego romansu z tą autorką. Po niezbyt udanych dwóch tomach "Wilka", postanowiłam zmierzyć się jeszcze raz jej piórem, licząc na to, że jakość będzie dodatnio korelować z wiekiem pisarki. 

Druga szansa to przerażający ośrodek, w którym pewnego dnia budzi się Julia. Dziewczyna nie pamięta zupełnie nic - nie potrafi rozpoznać nawet własnej twarzy. Trafiła tutaj po wypadku, w którym zginęła jej rodzina, a lekarze nie chcą powiedzieć jej, co tak naprawdę wydarzyło się tamtego feralnego dnia. Personel medyczny stwarza pozory normalności, ale fałszywy uśmiech to tylko maska. Nie da się ukryć, że w szpitalu dzieje się coś niedobrego, a groźby śmierci od jednej z pacjentek tylko utrzymują Julię w tym przekonaniu. 

Bardzo lubię książki, które nawiązują do problemów psychicznych - szpital psychiatryczny, terapeuta, uzależnienia, próby samobójcze, choroby psychiczne. Ot, może małe zboczenie studentki psychologii. Niemniej, szlag mnie trafia, kiedy takie powieści są pisane przez osoby, które nie mają bladego pojęcia o pracy psychologa i psychoterapeuty.

"Druga szansa" bazuje na stereotypach - w szpitalu musi być źle, psycholog sam ma problemy psychiczne i próbuje pomóc, chociaż bardziej szkodzi. Dlaczego książka dla młodzieży zniechęca młodych ludzi do korzystania z pomocy psychologa? Dobrze, rozumiem, to tylko na potrzeby książki... Niemniej, warto na sam koniec dodać kilka słów o tym, gdzie można zgłosić się po fachową pomoc. 

Najbardziej jednak zabawne jest to, w książce brak jest rozróżnienia psychologa, psychoterapeuty i psychiatry. To naprawdę trzy różne osoby i mają zupełnie inne zadania w swojej pracy. Terapeutka tutaj jest odwróceniem tego, im terapeutka jest w rzeczywistości. Wymyślone są również nieistniejące jednostki chorobowe, a kwestia leków jest po prostu żenująca - bohaterowie w swoich rozważaniach na ten temat są nielogiczni. 

Brak logiki w ogóle przewija się w całej książce. Bohaterowie przeczą sami sobie, zdania wykluczają się wzajemnie, nie mówiąc już o wydarzeniach. I nie, to nie jest absurd artystyczny - to po prostu brak dokładnie przemyślanego planu akcji. Dodać do tego banalny styl, który uniemożliwia stworzenie głębokich postaci, a mamy już prawdziwe katusze dla czytelnika. 

Rozgardiasz ma jednak swoje plusy - wprowadza dodatkowe uczucie lęku. Niepokój jest w tej książce bardzo wyraźny, co należy pochwalić, bo dzięki temu książka ma klimat, jaki powinna mieć, wnioskując po pięknej okładce. Największy plus przyznaję jednak za zakończenie - czytelnik nie wie, co tak naprawdę się wydarzyło. 

"Druga szansa" okazała się szansą zmarnowaną. Zdecydowanie nie polecam tej książki, a szczególnie odradzam ją ludziom młodym lub/i mającym problemy natury psychicznej. 

Wydawnictwo: Uroboros
Data wydania: 6.11.2013 (22.08.2018)
Liczba stron: 330
Przeczytane: 16.09.2018
Ocena: 2/10


1/11/2019

1/11/2019

Trzy nieznane, dobre, ukochane serie fantasy

Trzy nieznane, dobre, ukochane serie fantasy
Uwielbiam niszowe lektury. Mam wrażenie, że obecnie promuje się książki, na których można dobrze zarobić, a wcale dobre nie są. Oczywiście, nie wszystkie, ale coraz rzadziej w topowych pozycjach jestem w stanie znaleźć coś dobrego, nie mówiąc już o czymś, co celowałoby w mój gust. Kiedy już z trudem uda znaleźć mi się coś interesującego, zaczynam mieć problem z kupieniem tej książki lub kolejnych części serii. Dlaczego? Dlatego, że tego tytułu nie reklamowano na prawo i lewo, podczas gdy inne książki tak. Mam wrażenie, że poziom tych reklamowanych drastycznie spada z miesiąca na miesiąc... Więc jeśli lubisz coś nieszablonowego. co nie bazuje na schematach, jesteś w dobrym miejscu. Poniżej znajdziesz listę moich 3 ulubionych serii z pogranicza fantastyki, które mogę śmiało polecać, a których próżno szukać w takich zestawieniach. 

Seria numer 3 - Bobby Dolar - Tad Williams

Ileż to na rynku wydawniczym jest książek o aniołach. Mam wrażenie, że ogrom, a wszystkie są podobne. Aniołki, sielsko, bajecznie, niebiańsko... No, czasami trafi się jakiś zły, upadły anioł. Ale i tak wszystko jest mdłe. Tymczasem wśród książek jest Bobby Dolar. Anioł-adwokat, który z przedstawicielami piekła licytuje się o dusze zmarłych. Oprócz tego jest sarkastycznym gnojkiem, miłośnikiem alkoholu, wyrazistych aut, pięknych kobiet i bluesa, a dodatkowo ma dziwną zdolność ładowania się w kłopoty. Dodajmy do tego ciekawą wizję piekła i nieba, a także krnąbrność i brak bezmyślnej wiary naszego aniołka, a wychodzi nam świetna powieść akcji. Dużo tutaj pif-pafów, dziwnej broni, opancerzonych samochodów i... gorącego romansu z piekła rodem. Uwaga! Jest bardzo zabawnie i książkę trzeba brać z przymrużeniem oka. To świetny materiał na serial lub grę. Mój męski charakter polubił tę serię, a to, że mój chłopak przymierza się do ponownego jej przeczytania, potwierdza, że to zabawna, lekka opowieść dla mężczyzn. Nadgorliwym katolikom raczej się nie spodoba. 
Tom pierwszy: "Brudne ulice nieba". Póki co ukazały się 3 tomy i nic nie wiem, o kolejnych. Raz na jakiś czas zerkam na stronę autora i wyczytałam gdzieś, że podobno pojawią się jeszcze dwie niezależne książki z tej serii. Poczekamy, zobaczymy. 


Seria numer 2 - Zapadlisko - Kim Harrison

Wiecie, że nienawidziłam soku pomarańczowego? A potem dostałam od cioci książkę "Przynieście mi głowę wiedźmy" i zmieniłam zdanie, gdy poznałam Ivy - wampirzycę, która bardzo przypominała mnie. Ale do dzisiaj nie wiem, kogo bardziej przypominam - Ivy czy Rachel? Bo to czarownica Rachel gra w książce główną rolę. Co tutaj mamy? Ano, mutacje genetyczne, magię różnego rodzaju, demony, wampiry, (wilko)łaki, pixy i inne takie. Mam wrażenie, że każdy gatunek jest zupełnie inaczej pokazany i nie jest to wszystko takie proste - chociażby kwestia ugryzienia i tyle. Miastem rządzi wpływowy wampir oraz bogaty gość, który na lewo handluje nielegalnie Siarką, a nad wszystkim stoją dwa organy ścigania - FBI i ISB. Nasze bohaterki wspólnie z piętnastocentymetrowym pixy zakładają firm, mieszkają w kościele i wiodą życie pełne niespodzianek. Nic dziwnego, skoro Rachel kocha adrenalinę. Książka nie jest prosta i dużo się dzieje, ale tak inny, a zarazem bardzo podobny świat do naszego kusi. Balansowanie na granicy śmierci, niebanalne spojrzenie na Cincinnati, rewelacyjna muzyka oraz zabawne dialogi w najmniej oczekiwanych momentach stawiają tę serię w kręgu moich ukochanych. Przestrzegam - miejscami ciężko czyta się pierwsze dwa tomy, potem robi się lżej. I dzieje się dużo od pierwszych stron, Kim Harrison nie daje czytelnikowi czasu na rozgrzewkę. Bach, już na pierwszej stronie jest niezła akcja. 
Tom pierwszy "Przynieście mi głowę wiedźmy". W Polsce dostępnych jest zaledwie 5 tomów, co przyszło z wielkim bólem i ogromnymi przerwami między kolejnymi częściami. Autorka wydała już 13 tomów z tej serii.


Seria numer 1 - Kroniki wampirów - Anne Rice

Tęsknicie za wampirami z kłami? Warto cofnąć się kilka lat wstecz i sięgnąć po Kroniki wampirów. Pomijając "Draculę", to wampirzy klasyk. Wampiry są niebezpieczne, długowieczne, refleksyjne, drapieżne. No, prawie wszystkie. O ile poprzednie propozycje bazowały na akcji, ta seria to coś, co wymaga od czytelnika skupienia, zrozumienia i przemyślenia. Patrząc na to, że autorka zasiadła do pisania w przypływie buntu wobec religii, książki są poważne. Owszem, Lestat rzuca takimi testami, że często tarzam się po podłodze ze śmiechu, ale generalnie książka porusza ważne tematy - nie tylko religii. Ah, a te wątki historyczne, które są opowiadane jak historyjki z dobrej imprezy lub bajeczki do poduszki. Zaznaczę również, że o ile "Wywiad z wampirem" jest ciężki, a przez trudne słownictwo i liczne zapożyczenia z francuskiego trudno mi było przeczytać więcej niż 50 stron, to już od drugiego tomu zaczyna się zabawa. Jeśli odpuścicie pierwszą część i zamiast niej sięgniecie po film o tym samym tytule, nie stracicie zbyt wiele (nie wierzę, że to piszę!). Mój ukochany bohater literacki pokazuje charakterek i ząbki, przejmując narrację, żeby zaprezentować swoje barwne życie szlachcica, aktora, wampirzego zawadiaki, gwiazdy rocka i księcia. Klasa, niebanalne refleksje i dużo ironicznego śmiechu w jednym. Pokusą do przeczytania może być powoli, powoli szykujący się serial.
Tom pierwszy: "Wywiad z wampirem". Podobno niektóre tomy można czytać bez kolejności, ale nie zrozumie się jeszcze głębszego sensu (pomijając pierwszy tom, on nie ma zbyt wiele sensu - według mnie). Na polskim rynku wydano 11 tomów, a ich dostępność woła o pomstę do nieba.


A Wy macie swoje ukochane serie, o których się nie mówi? Lub znacie godne polecenia książki, które nie są zbyt popularne? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!


1/09/2019

1/09/2019

Maggie Stiefvater "Wyścig śmierci"

Maggie Stiefvater "Wyścig śmierci"
Tego jestem pewien. Na grzbiecie konia znacznie łatwiej być pewnym. 

Maggie Stiefvater pokochałam, kiedy byłam nastolatką i dopiero co wydano książkę "Drżenie". Zakochałam się od razu w sposobie pisania i myślenia autorki - jej niebanalne interpretowanie znanych wszystkim opowieści wywarło na mnie olbrzymie wrażenie. Kiedy kilka lat później chwyciłam po inną serię spod jej pióra, wciąż byłam zachwycona jej pomysłami, choć dostrzegałam niedociągnięcia jej stylu pisarskiego. Po kilku latach znów postanowiłam spróbować i w końcu nie mogło na mojej półce zabraknąć "Wyścigu śmierci".

Gdyby ludzie umieli patrzeć, wszyscy by wiedzieli. 

Co roku w listopadzie na klifach Skarmouth odbywają się wyścigi koni, lecz nie jest to typowe wydarzenie jeździeckie. Uczestnicy nie walczą jedynie o wygraną, ale przede wszystkim o przetrwanie. Mieszkańcy pobliskiego miasteczka drżą z niepokoju, kiedy piasek pokrywa się czerwienią, a w morzu pieni się krew jeźdźców. Tym razem na linii startu jak zwykle pojawia się niezwyciężony, choć młody Sean Kendrick. Nikt nie spodziewa się zobaczyć tam Puck Connolly - pierwszej przedstawicielki płci pięknej, która zdecydowała się przyłączyć do wyścigu.

Nie wszystkim jest dane czynić cuda własnymi rękami. Gdyby tak było, balibyśmy się czegokolwiek dotknąć.

Książka bazuje na celtyckim micie o koniach uisce, co od razu mnie urzekło. Uwielbiam celtyckie klimaty, a po "Lamencie" wiedziałam już, że Maggie Stiefvater potrafi z tą mitologią zdziałać cuda. Jak zwykle do tematu podeszła w sposób indywidualny, przedstawiając czytelnikowi własną interpretację mitu. Zabieg ten dodaje powieści jeszcze więcej oryginalności, jakby konie uisce same w sobie nie były mało znane. Na plus zasługuje już sam pomysł na książkę o tych zwierzętach, nie mówiąc nawet o zestawieniu ich z magią. 

Łatwo jest sprawić, żeby mężczyźni cię kochali. Wystarczy być górą, na która muszą się wspiąć, albo wierszem, który próbują zrozumieć. Czymś, dzięki czemu czują się silniejsi albo mądrzy. 

Powieść jest niezwykle plastyczna, a dzięki stylowi autorki czuć klimat wyspy nawet kilka tygodniu po skończeniu lektury. Książkę czyta się bardzo szybko - mam wrażenie, że w takt stukotu końskich kopyt. W każdym słowie wybrzmiewają uczucia, a akcja cały czas trzyma w napięciu. Adrenalina towarzyszy czytelnikowi na długo przed wyścigiem, a oprócz tego pojawia się cała gama innych emocji. Poczucie niesprawiedliwości, zdrada, braterstwo, gorzkie łzy, nienawiść i miłość... To wszystko zamknięte zostało w niecałych 500 stronach tekstu oraz przedstawione z dwóch punktów widzenia poprzez podział narracji. 

Mogę powtórzyć jeszcze parę razy, że mi przykro, tylko, że nie wiem, co to zmieni. 

Nawet jeśli finał jest odrobinę do przewidzenia, to bohaterom absolutnie nic nie można zarzucić. Nie ma tutaj dwóch sposobów konstrukcji postaci, które pojawiają się w wielu tytułach dla młodzieży. Po pierwsze, jakaś negatywna postać nagle nie staje się dobra i święta. Po drugie, nie ma bezwzględnego, sztucznego podziału bohaterów na tych złych do szpiku kości i tych z aureolą nad głową. Moją uwagę poskromił głównie Sean, który oczarował mnie swoim podejściem do zwierząt, ale sporo możemy nauczyć się także z historii Puck, której życie wywraca się do góry nogami niejednokrotnie. 

Cieszę się z tego uśmiechu, bo tata powiedział kiedyś, że powinno się być wdzięcznym za dary, które są szczególnie rzadkie.

Mało jest książek, nad którymi płaczę. Uczucie muszę przyznać, że "Wyścig śmierci" wycisnął ze mnie kilka łez. Konie uisce oraz losy głównych bohaterów poruszyły moje serce, a przepiękne zakończenie powaliło mnie na łopatki - ostatnią scenę wciąż mam przed oczami, wymalowaną przez  wielobarwne słowa autorki. I choć może nie każdy zwraca na to uwagę, to mnie rozczuliły jeszcze podziękowania, które stanowią idealne zwieńczenie tej przygody czytelniczej. 

Mam wrażenie, że moje serce jest pełne wszystkich początków i końców, a zarazem puste.

Wydawnictwo: Wilga
Data wydania: 03.10.2012
Liczba stron: 496
Przeczytane: 27.10.2018
Ocena: 9/10

1/05/2019

1/05/2019

Anne Rice "Opowieść o złodzieju ciał"

Anne Rice "Opowieść o złodzieju ciał"
- Kłopot z tobą polega na tym, że za bardzo przywykłeś do bycia śmiertelnikiem, ponieważ już tak długo nim jesteś. 
- Przywykłem do tego, zanim skończyłem dwa latka - odparł oschle. 
- Nie wierzę ci. Od stuleci z zaciekawieniem obserwuję dwuletnich śmiertelników. Są żałości. Biegają w tę i z powrotem, stale się przewracają i niemal bez przerwy krzyczą. Nie znoszą tego, że są śmiertelnikami! Wiedzą już, że to jakaś wyjątkowo paskudna sztuczka.

Uwielbiam "Kroniki wampirów" Anny Rice. Uwielbiam? Kocham. Po "Wywiadzie z wampirem" byłam mocno rozczarowana, ale kolejne tomy, czyli "Wampira Lestata" i "Królową potępionych" pokochałam od razu. Upolowanie kolejnej części było dla mnie oznaką, że ukończyłam kolejny rok studiów, a wakacje upływały mi z Lestatem. Rok temu było inaczej, ale tym razem nie odpuściłam. Jakimś cudem udało mi się znaleźć "Opowieść o złodzieju ciał" na aukcji internetowej, a potem ponownie przepadłam.

Co robiłem? O czym myślałem? Że ten stary banał to prawda: świat należy do mnie.

Znudzony wampirzym życiem Lestat niespodziewanie dostaje kuszącą i niezwykle niebezpieczną propozycję. Brzmi ona tak absurdalnie, tak nieprawdopodobnie, że wszyscy wokół nie mogą uwierzyć, jakoby to było prawdziwe i mogło się udać. Na drodze wampira staje bowiem złodziej ciał, nęcąc możliwością zamiany na ludzkie, piękne, młode ciało - ciało, które odczuwa to, za czym Lestat tęskni. Jednak jaka jest stawka tej gry?

Jestem sobą i nie jestem zarazem, to napływa falami. 

Po drugim i trzecim tomie serii nie sądziłam, że kolejny może okazać się tak samo dobry lub nawet lepszy. "Opowieść o złodzieju ciał" na pewno znacznie różni się od poprzednich części, ale jakością nawet odrobinę od nich nie odstaje. Poprzedniczki również budziły w czytelniku refleksje, jednak dotyczyły one filozoficznych aspektów wiary, śmierci, życia, sztuki, religii. Tutaj dotykamy tych zagadnień praktycznie - to nie tylko piękne hasła, ale też problemy natury codziennej. Właśnie dlatego książka ląduje na półce jako jedna z moich ulubionych. 

Bywa, że zapis stanowi cel sam w sobie.

Oczywiście, spora w tym zasługa Lestata. O tak, uwielbiam to, jak nasze charaktery współgrają. Czasami mam wrażenie, że nasze myśli są niemal te same, a mózgi zaprowadzają nas do tych samych wniosków. Dawno nie czytałam książki, dając się wciągnąć w taką symbiozę z bohaterem. Dla mnie to jedna z najlepiej wykreowanych postaci literackich i nie sądzę, żeby cokolwiek mogło to zmienić.

- Lepiej władać w piekle - rzuciła niepewnie - niż służyć w niebie?

Chociaż muszę przyznać, że inni bohaterowie też, oczywiście, robią wrażenie. Zapamiętałam je jako figury z poprzednich tomów, a w tym ożywają. Nie są tylko suchym imieniem z historią, ale dostają szansę, żeby historię tworzyć wspólnie z czytelnikiem. Louis okazał się być bardziej dynamiczny, co mnie niezwykle zaskoczyło. Niemniej, największym zaskoczeniem był tak mocno rozbudowany wątek Davida - śmiertelnego przyjaciela Lestata. Nikt ani nic nie wywołało we mnie tak sporych rozważań nad moim własnym życiem oraz własną przyszłością. Dziękuję autorce więc nie tylko za Leststa, ale również za Davida.

Użalanie się nad sobą to strata czasu, podobnie jak odczuwanie strachu.

Jeśli ktokolwiek zastanawiał się, czy książka o wampirach może nieść jakieś treści oraz być ponadczasową, uniwersalną pozycją, powinien sięgnąć właśnie po "Opowieść o złodzieju ciał" - tym bardziej, że można ją czytać bez konieczności sięgania po wcześniejsze części (przekonuje nas do tego nawet sam Lestat). Niemniej, prawdziwą głębię obrazu, uczuć, refleksji daje znajomość "Wywiadu z wampirem", "Wampira Lestata" oraz "Królowej potępionych". Bez tego ta książka jest po prostu świetnie napisaną, ciekawą historią, może z jakimś przekazem. Zachęcam jednak do zapoznania się z nią po lekturę wcześniejszych tomów.

Religia jest dość prymitywna w swoich nielogicznych wnioskach.

Nigdy nie znajdę odpowiednich słów, żeby zachęcić kogoś do przeczytania tej książki. Moje próby będą daremne. Tak więc zamknę się w następujących słowach: polecam tę pozycję każdemu.

Ojcze mój, który jesteś w piekle, Lestat imię twoje.

Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 2007
Liczba stron: 516
Przeczytane: 26.08.2018
Ocena: 10/10

10/12/2018

10/12/2018

Katarzyna Berenika Miszczuk "Wilczyca"

Katarzyna Berenika Miszczuk "Wilczyca"
Po niezbyt udanej lekturze "Wilka" Katarzyny Bereniki Miszczyk przyszedł czas na drugi tom serii, czyli "Wilczycę". Posiadając już pewne informacje o bohaterach oraz stylu autorki, do książki podeszłam odrobinę niechętnie, ale wiedząc, czego mogę się spodziewać. 

Margo może w końcu odetchnąć - zaczęły się wakacje, nie musi wstawać na sobotnie treningi pływania, przestali interesować się nią nawet pracownicy Instytutu, którzy prowadzą eksperymenty na młodzieży, a podana przez nich wilcza szczepionka nie uaktywniła się. Niebawem jednak wraca szkoła, a w tym samym czasie w okolicy zaczyna dochodzić do brutalnych morderstw. Wszystko wskazuje na atak dzikiego zwierzęcia. Czy to któryś z wilczych przyjaciół dziewczyny?

Powiem szczerze, że jestem pozytywnie zaskoczona. Między "Wilkiem", a "Wilczycą" istnieje ogromny przeskok, jeśli chodzi o styl autorki. Od razu czuć chociażby odrobinę większe doświadczenie i większą dojrzałość. Przejawia się to przede wszystkim w języku i konstrukcji powieści. Wciąż jest przewidująco, ale na czytelnika czeka więcej niespodzianek. 

Bohaterowie też są zupełnie inni. Wciąż nie brakuje im młodzieńczej naiwności oraz wykazują się ponadprzeciętnym sprytem (lub też szczęściem), ale przez swoje wakacje błyskawicznie dojrzeli. Nie sposób tego nie docenić, bo to właśnie ich charaktery oraz sposoby wypowiadania się przyczyniły się do tego, że druga część jest zdecydowanie lepsza od pierwszej. 

Mogę śmiało powiedzie, że "Wilczyca" jest kojąco przeciętna. Akcja jest barwna, przez co czytelnik może się choć trochę ubawić podczas czytania, choć trudno nazwać to dobrą rozrywką. Ot, szybka lektura na jesienny wieczór.

Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 22.08.2018 
Liczba stron: 416
Przeczytane: 02.09.2018
Ocena: 3/10



10/10/2018

10/10/2018

Katarzyna Berenika Miszczuk "Wilk"

Katarzyna Berenika Miszczuk "Wilk"
W Nowym Jorku zostawiłam wszystkich znajomych i całe dotychczasowe życie. Może nie było zbyt ciekawe, ale było moje. 

Kojarzycie te młodzieżowe książki fantasy, kiepsko napisane, ale pełne patosu? Pamiętam, że kiedy byłam nastolatką z ogromną chęcią sięgałam po młodzieżówki z pogranicza fantastyki, ale oprócz ciekawej historii, często zwracałam uwagę na styl. Wiele tego typu książek jest po prostu okropnie napisana – i jakoś mnie to nie dziwi.

"Wilk" to powieść o zwyczajnej dziewczynie, której rodzice postanawiają przenieść się z Nowego Jorku do małego miasteczka. Od tego czasu Margo nawiedzają koszmary, ale większą zmorą jest dla niej bycie nową osobą w szkole, w której każdy zna każdego. Obawy tylko częściowo okazują się słuszne - szybko zaprzyjaźnia się z szaloną Ivette, a przystojny Peter zaprasza ją na randkę. Z czasem przekonuje się również do cichego i skrytego Maxa. Ale czy wszystkim może ufać? Pełnia księżyca być może postawi wszystko w innym świetle. 

Czy po tym opisie nie jest już wiadome, jak sprawa się zakończy? Przyznam, że dawno nie spotkałam się z tak przewidywalną książką - obawiam się, że nawet jako mała dziewczynka mniej więcej przepowiedziałabym zakończenie. Mniej więcej, ponieważ mały element zaskoczenia był - niewielki, ale zawsze. 

Do lektury podeszłam zgodnie z radą autorki w przedmowie, że jest to napisana przez piętnastolatkę książka młodzieżowa i tak należałoby ją traktować. Jest to jednak poprawione wydanie -  Katarzyna Miszczuk utemperowała charakter Margo, dorzuciła kilka opisów i nową postać. Niewiele, a jednak. Reszty postanowiła nie zmieniać, żeby książka nie przestała odzwierciedlać jej nastoletniej wersji. Doskonale to rozumiem. 

Niemniej, jestem szalenie ciekawa, jak wyglądała wersja bez poprawki. Teraz książka nie jest nawet przeciętna - i nie mówię tego jak typowa osoba dorosła. Wciąż lubię książki młodzieżowe i widzę ich ogromny potencjał, doceniając głównie dobre historie, a zwracając mniej uwagi na styl. Tym bardziej, jeśli autorzy nie są zbyt doświadczeni (tutaj jest to debiut) i mają niewiele lat. 

Styl jest bardzo prosty, co zdecydowanie jest plusem, ponieważ czyta się błyskawicznie. Czasami wręcz łopatologicznie prosty, co kontrastuje z niektórymi wyrażeniami. Ale ważniejsza jest fabuła. Niestety, jest ona tak schematyczna, że podczas czytania można byłoby przejść do połowy i nie byłoby problemu ze zorientowaniem się w sytuacji. Zmienia się to odrobinę pod koniec książki, co mnie ogromnie ucieszyło. 

Bohaterowie też nie są nadzwyczajni. Pomijając aspekty ich genetyki, jak można wywnioskować po tytule. Są nieskomplikowani, charaktery dość stereotypowe (w opozycji do tych, którzy w sposób przewidywalny łamią stereotypy), niemniej nie są irytujący, jak to bywa w wielu lekturach dla młodzieży.  

"Wilk" to lekka powieść, którą czyta się i zapomina. Nie wnosi nic do życia czytelnika i trudno powiedzieć, żeby mogła zagwarantować mu dobrą zabawę. Patrząc na obecny rynek wydawniczy ani trochę nie rozumiem, dlaczego książka została wznowiona - rozumiem zainteresowanie autorką w ogóle, ale na półce z młodzieżówkami znajdziemy przytłaczającą liczbę lepszych lektur.

Najważniejsze, że wiem, kim jesteś dla mnie...

Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 22.08.2018 (2006)
Liczba stron: 320
Przeczytane: 31.08.2018
Ocena: 2/10


8/24/2018

8/24/2018

Sarah J. Maas "Dwór cierni i róż"

Sarah J. Maas "Dwór cierni i róż"
Wszystko, co kocham, zawsze w końcu tracę. 

Wiele jest książek, które oczarowują okładkami. Kiedy pierwszy raz w oczy rzucił mi się "Dwór cierni i róż", zakochałam się niemalże od razu. Później przeczytałam opis, a decyzję  o zamówieniu własnego egzemplarza przypieczętowały liczne rekomendacje i prawie wyłącznie same pozytywne recenzje. Teraz zastanawiam się, czy ze mną jest coś nie tak, czy też większość opinii była nieszczera.

Sińce trudniej ukryć niż ubóstwo. 

Co może powstać z połączenia baśni o Pięknej i Bestii oraz legend o czarodziejskich istotach? Podobno baśniowa historia miłosna w stylu fantasy. Młoda dziewczyna zmuszona jest do ciężkich zadań domowych oraz polowania na zwierzynę, aby utrzymać przy życiu swoją rodzinę - nikt inny nie potrafi ugiąć się pod biedą i zająć się czynnościami, których nie wypada robić ludziom z wyższych sfer. Podczas polowania zamiast wilka zabija faerie, łamiąc prawo ludzi i magicznych istot. Niebawem pojawia się u niej pochodzący z Wysokiego Rodu Tamlin, który żąda rekompensaty za śmierć swojego pobratymca - Feyre musi udać się z nim do obcej krainy i spędzić tam resztę życia.

Nie utrzymasz się przy władzy, jeśli będziesz przyjaźnić z wszystkimi wokół.

Brzmi ciekawie, prawda? O tak! Zapewne byłoby ciekawie, gdyby w tej książce działo się cokolwiek - można czytać co dwudziestą lub nawet trzydziestą stronę, a czytelnika i tak wiele nie omija. Mam wrażenie, że autorka robi z odbiorców swojego dzieła ludzi bez rozumu, którym jedną informację trzeba powtórzyć co najmniej trzy razy. Jedna myśl rozwleczona na kilka zdań, prawie identycznych... To był koszmar. Może to właśnie sprawiło, że pomimo dość lekkiej tematyki, książkę czytałam stosunkowo długo i nie mogłam dobrnąć do końca.

Nie wstydź się nawet przez chwilę robienia tego, co przynosi ci radość. 

Pomijając już brak akcji, przewidywalną fabułę i brak jakichkolwiek ciekawszych elementów magicznego świata, chociaż bohaterowie mogli okazać się rewelacyjni. Na to właśnie liczyłam najbardziej i na to przygotowywały mnie recenzje innych osób. Liczne zachwyty oraz mnogość gadżetów z podobiznami bohaterów, których tak uwielbiają czytelnicy, wywołały we mnie przekonanie, że nawet jeśli wszystko inne będzie kiepskie, bohaterowie będą naprawdę barwi. Jasne. Jaka ja byłam naiwna... Niemal każda z postaci jest jednowymiarowa, stworzona na jednym schemacie, bez ikry. Dobrze, że nie żyją naprawdę, bo sami ze sobą, w swojej skórze, musieliby się wynudzić - nawet jeśli są magicznymi istotami. Nie mówiąc już o tym, że Feyre ląduje na mojej liście najbardziej irytujących postaci, a Tamlin w swojej bestialskości może sobie podać rękę z Edwardem Cullenem.

Jak na kogoś o kamiennym sercu wykazujesz ostatnio nadzwyczajną jego wrażliwość. 

Pytam się również, gdzie podziała się baśniowość? Nie dostrzegłam jej niemal nigdzie, być możne zniknęła przytłoczona bezsensem zbędnych słów. Motywu Pięknej i Bestii można szukać z lupą, a i tak znajdzie się wyłącznie okruchy okruchów. Magiczny świat był tylko tłem dla głównych bohaterów, jakby pomiędzy nimi naprawdę coś się działo - nie działo, książkę można streścić w pięciu pojedynczych zdaniach. Dobry pomysł zginął w zalążku.

Żałuj tych, którzy nie czują już nic.

Książka ląduje na podium rozczarowań czytelniczych tego roku. Nie sądzę, aby cokolwiek było w stanie ją z tego miejsca zrzucić. Ba, znajduje się na pewno na szczycie największych moich rozczarowań książkowych w życiu. Niedobrze. A teraz jeszcze spotykam się z opiniami, że może pierwszy tom nie jest rewelacyjny (w opozycji do tych licznych rekomendacji), ale drugi jest już naprawdę dobry... Naprawdę? Czytaliście? Warto? Nie chcę, aby kolejny raz bolała mnie żuchwa od ziewania przy książce, ale naiwnie liczę na to, że Sarah J. Maas w końcu rozwinęłaby tak dobry pomysł na powieść.

Niektórzy szukają mnie przez życie całe, lecz nigdy się nie spotykamy,
Pocałunek zaś ofiarowuję tym, którzy nie depczą mnie swymi stopami.
Niektórzy mówią, że łaskami swymi obdarzam mądrych i gładkich,
Lecz me błogosławieństwo jest dla tych, którym nie brak odwagi.
Zazwyczaj me działanie zdaje się wszystkim darem cudnym,
Lecz wzgardzona staję się potworem do pokonania trudnym
I chociaż każdy cios mój góry kruszyć by pozwolił,
Gdy zabijam, robię to bardzo powoli...

Wydawnictwo: Uroboros
Data wydania: 27.04.2016
Liczba stron: 524
Przeczytane: 29.07.2018
Ocena: 2/10


5/23/2017

5/23/2017

Brian McClellan "Obietnica krwi"

Brian McClellan "Obietnica krwi"
Nikt, nawet Kez ze swoją armią szpiegów i zabójców, nie był w stanie tak całkowicie zniszczyć komuś życia, jak właśnie Kościół.

Chociaż przez dłuższy czas właściwie nie czytałam książek fantastycznych, wybierając jeśli już tylko fantastykę dla młodzieży, to nieustannie śledziłam nowości wydawnicze w tymże gatunku. Jakimś cudem nie zarejestrowałam momentu wydania "Obietnicy krwi", która ukazała się w 2015 roku. Kiedy więc w wakacje w 2016 roku odwiedziłam księgarnie, aby kupić coś z fantastyki, spojrzałam zdziwiona na ekspedienta, który zapytał mnie, czy czytałam trylogię o prochowym magach.

Nigdy nie można ufać mężczyźnie, który otacza się pięknymi kobietami. A już najmniej kapłanowi. 

Przenosimy się do świata monarchii, która zostaje obalona. Królowie zamiast budować kraj, rujnowali go i sprzedawali jego niepodległość, aby ratować własną skórę lub raczej własny majątek. Ale nadszedł tego koniec. Marszałek polny Tamas nie ma nic do stracenia - stracił już żonę, której morderca mógłby rządzić jego ukochanym krajem. Postanowił położyć temu kres i zamordować wszystkich Uprzywilejowanych. Sęk w tym, że każdy z nich podczas tej krwawej nocy wypowiedział przerażające słowa, które zaprzątają umysł Marszałka. Bujdy. Nonsens. A jednak... Wzywa do siebie Adamata, prywatnego detektywa, który ma odkryć przerażającą prawdę i poznać sens Obietnicy Kresimira.

Tylko dlatego, że coś jest dogmatem, nie znaczy wcale, że jest też prawdą.

Było mi wstyd patrzeć na tę książkę, którą czytałam od tak dawna. Zaczęłam, niby się wkręciłam, ale kiedy odkładałam ją na bok, jakoś mnie do niej z powrotem nie ciągnęło. W końcu się do niej naprawdę zabrałam, dotrwałam do połowy i powiedziałam, że jeszcze trochę i przerwę czytanie. Za mną było 300 stron, a w książce wciąż nic się nie działo. Wytrzymałam jeszcze trochę i... wreszcie się rozkręciło. I to tak, że nie mogłam się przestać czytać.

Nie da się polubić kogoś, kto zna twoją tajemnicę.

Niestety, książka jest rozwleczona za bardzo, a niektóre sprawy omawiane są bezsensownie po sto razy. Może mieć na to wpływ przedstawienie wydarzeń z perspektyw kilku bohaterów, choć wszędzie zachowana jest narracja trzecioosobowa, ale z punktem widzenia danej postaci. Ja taki zabieg uwielbiam - niezależnie od tego, w której osobie jest narracja. Tutaj też idealnie się to sprawdziło, gdyż wątków było zbyt dużo, aby wszystko kręciło się wokół głównego bohatera, a gdyby skupiono się tylko na wątkach mu bliskich, książka nie miałaby żadnego sensu i byłaby nielogiczna dla czytelnika.

- Tylko kiepski dowódca poddaje się kaprysom swoich podwładnych - odparł Adamat. - A jeszcze gorszy ignoruje to, czego chcą i potrzebują. 

Zastanawiam się, kto właściwie jest głównym bohaterem. Po opisie książki wydawać by się mogło, iż jest to Tamas, ale chociaż to on jest sprawcą zamieszania, to nie jest jedyną istotną postacią. Mam wrażenie, że głównych bohaterów jest trójka - wspomniany Tamas, jego syn Taniel oraz detektyw Adamat. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, jakoby z tej trójcy najgorzej wykreowany został właśnie Tamas, co nie znaczy, że jego osoba jest źle opisana. Po prostu wszyscy, którzy tworzą najważniejsze sceny, są idealnie stworzeni. Do tej grupy ważnych postaci dodałabym kolejnych: Olem (bardzo specyficzny stróż Tamasa, posiadający zdolność przydającą się wszystkim studentom podczas sesji - nie musi spać), Nila (służąca tamtejszej szlachty), Bo (Uprzywilejowany, przyjaciel Taniela z dzieciństwa) oraz Ka-poel (ruda dzikuska, towarzyszka broni Taniela). Moje serce skradł Taniel oraz Ka-poel, więc to na ich dalsze losy czekam z niecierpliwością. Chory psychicznie bóg także robi wrażenie.

Och, jest jak najbardziej żywy. Właśnie o to chodzi w wykorzystywaniu innych osób w roli środka nacisku. Nie nadają się do tej roli, jeżeli nie żyją.

Niestety, są też bohaterowie, którzy mi się mylili - chodzi tutaj o ścisły krąg współpracowników Tamasa. Każdy z nich zajmuje się czymś innym i wydaje się być bardzo charakterystyczną postacią, kiedy jest opisywany... No właśnie. Ale opis to tylko teoria. W biegu kolejnych wydarzeń wszyscy zlali mi się w jedno, a samo imię nic mi nie mówiło.

Wciąż jednak mam rodzinę i przyjaciół, jestem zatem bogatym człowiekiem.

Ale mała część kiepsko wykreowanych bohaterowów oraz dość nudna połowa książki to i tak mało, w porównaniu ze światem, jaki stworzył McClellan. Sam pomysł na poniekąd nowe istoty, jakimi są prochowi magowie, jest fenomenalny. O ile Uprzywilejowani mogą być porównywani do innych magicznych stworów, to prochowi magowie są zupełną nowością. Ale świat sam w sobie bardzo mi się podobał - szczególnie miasto Adopest, gdzie rozgrywały się najważniejsze wydarzenia. Na uwagę zasługuje też fakt, że autor przedstawił nie tylko kraj Adro, ale też kraje sąsiadujące. Adro dla czytelnika już jest miejscem odległym, a jeszcze dodatkowo Taniel opowiada o egzotycznych i odległych krajach, gdzie brał udział w bitwach. Abstrakcja do kwadratu.

Istnieje różnica między wiarą w coś, czego nigdy nie widziałeś ani nie doświadczyłeś, a wiedzą z pierwszej ręki o tym, że coś jest prawdziwe.

Do gustu przypadł mi też sposób napędzania akcji - z jednej strony było to rozwiązywanie zagadki przez detektywa, a z drugiej strony był to pościg Uprzywilejowanej przez Taniela. Trzonem była jednak zagadka, która przez część osób była lekceważona, uważana za przesąd, ale część osób czuła jej wagę. Być może śledztwo nie wnosiło czegoś na bieżąco do innych wątków, ale pozwalało je lepiej zrozumieć.

Czasem miłość wydawała mu się jakimś obcym pojęciem, stosowanym w poezji, nie w życiu.

Jedną z rzeczy, której obawiałam się najbardziej, było to, czy książka nie jest zbyt bardzo przesiąknięta polityką. Mamy zamach stanu, różne warstwy społeczne, kształtowanie się struktur państwa od nowa, ryzyko wojny... Dodać do tego świat fantastyczny, a można byłoby łatwo się pogubić. Ale nie. Wszystko jest jasno przedstawione, w sposób nieskomplikowany, a jednocześnie głęboki i logiczny. Także obawiałam się, czy kwestie geograficzne mnie nie przytłoczą, bo to właśnie one sprawiają, że odcinam się od większości książek high fantasy. Mapki w Tolkienie nie pomogły i nie pomogą w żadnej książce, jakkolwiek ładne i kuszące by nie były. Tutaj mapki też są i to nawet trzy. Skoro książkę zaczęłam czytać dawno temu, to zapomniałam, że te pomoce są na jej początku. Poradziłam sobie bez nich i nawet nie miałam żadnego kłopotu - ja, która nie ogarnia geografii magicznych krain - więc jeśli ktoś się boi, to nie ma czego.

Gavril, tak, on da radę. O ile jest na tyle trzeźwy, żeby coś widzieć, i na tyle pijany, żeby nic nie myśleć.

Czy książkę polecam? Tak. Czy przeczytam drugą część? Tak. I pomyśleć, że "Obietnicę krwi" miałam ochotę rzucić na półkę, nie docierając nawet do połowy. Nie zniechęcajcie się początkiem, bo kiedy akcja się rozkręci, autor wszystko Wam zrekompensuje. Kawał dobrej fantastyki i tyle.

- Co to za bzdury?! - krzyknął brygadier. - Pan oszalał.
- Czasem myślę, że tak byłoby prościej - powiedział Tamas. 

Przeczytane: 30.04.2017
Ocena: 7/10


4/13/2017

4/13/2017

Kim Harrison "Za garść amuletów"

Kim Harrison "Za garść amuletów"
Jeśli duszą nie opiekuję się umysł, to nie ma ona niczego, co by ją chroniło przed rozpadem. 

Na pewno każdy z Was zna to pełnie napięcia oczekiwanie na premierę kolejnej części swojej ulubionej książkowej serii. Właśnie to czekanie sprawia, że zakup nowego egzemplarza wydaje nam się czymś magicznym. Gorzej, kiedy o premierze nic nie słychać przez kilka lat, a nadzieja na jej ukazanie zostaje porzucona. Tak było w przypadku "Zapadliska" Kim Harrison. Kiedy w końcu w pierwszej połowie ubiegłego roku dowiedziałam się, że czwarty tom zostanie wydany (w tym czasie autorka wydała już tak wiele kolejnych części, że aż szkoda mówić), byłam wręcz wniebowzięta. Niestety, moja euforia z miesiąca na miesiąc zastępowała miejsce niechęci. Premiera była przesuwana, często w rzekomy dzień trafienia książki na półce nie było żadnej informacji, a kiedy się już pojawiała po kilku kolejnych dniach, nie było mowy o żadnych konkretnych datach. 

Nie boję się, pomyślałam, chociaż była to nieprawda. Cóż, bałam się tylko tyle, ile pomogłoby mi to utrzymać się przy życiu.

W końcu jednak jest! Po tylu latach czekania, w moich rękach pojawiło się "Za garść amuletów". Tak bardzo nie mogłam w to uwierzyć, że przez kilka dni książka leżała na stosie i patrzyłam na nią z lękiem, że zaraz zniknie. Aż w końcu ją chwyciłam i zaczęłam czytać. Bałam się, że ponad 700 stron będzie szło ciężko - poprzednie części sobie dawkowałam, dość topornie (co nie znaczy, że mniej przyjemnie) mi się czytało. Ale wiecie co? Przepadłam. Przyssałam się do tej książki w stylu iście wampirzym i w tempie tychże stworzeń skończyłam ją czytać. 

Byłam zmęczona, głodna i wkurzona. Całkowicie straciłam kontrolę nad moim życiem. To już nie było zwykłe posuwanie się zrywami. Nie, teraz musiałam ocalić świat przed moim byłym chłopakiem, a moją współlokatorkę przed nią samą. A co mi tam. Czemuż by nie?

Rachel Morgan to czarownica, która ryzyko ma we krwi. Głupia, głupia czarownica! Odeszła z ISB - Inderlandzkiej Służby Bezpieczeństwa, przez co ścigało ją mnóstwo stworów, a ona sama cudem uszła z życiem. Założyła własną firmę ze swoją przyjaciółką - wampirzycą Ivy, z którą zamieszkała w kościele. W "Wampirzych amuletach" pracuje jeszcze ktoś - mały stworek z wielkim męskim ego, piętnastocentymetrowy pixy Jenks. Mało Wam? To dopiero przedsmak tego, z czym można spotkać się w poprzednich trzech częściach serii. 

Ja byłam na wpół martwa, Ivy się puszczała, żeby zapewnić mi bezpieczeństwo, a Jenksowi nic nie było, bo miał słodycze.

I tym razem Rachel nie potrafi stronić od niebezpieczeństwa. Jej wspólnik wciąż z nią nie rozmawia, Ivy ma coraz większą ochotę na jej krew, a Kisten... O, a Kisten ze swoją nonszalancją, połączeniem ciepła i wampirzego ryzyka wciąż pozostaje jej chłopakiem. Do gry dołącza Nick, była miłość czarownicy, który przez swój niebezpieczny człowieczy umysł i złodziejski dryg, wpada w kłopoty. Tym razem Rachel ma do stracenia więcej niż własną duszę. Nick ukradł coś, co może zmienić świat na zawsze, a ona musi temu zapobiec. Nie będzie to łatwe - tym bardziej, że zaginiony artefakt jest cenny dla łaków. Ich watahy łączą się w jedność, co nie miało miejsca od wieków. 

Zawsze umiera się w samotności, choćby naokoło były setki ludzi. 

Wydawać by się mogło, że w książce dominuje wątek lub raczej wątki miłosne. Nic z tych rzeczy. Tutaj wątek miłosny został całkowicie zepchnięty na dalszy tor, a jedyna bardziej miłosna scena zajmuje może z dwie strony. Tak więc od razu ostrzegam - to nie jest paranormalny romans dla nastoletnich fanek wampirzych pocałunków i ich magnetycznego erotyzmu.

Nigdy. Jest czerń. Jest biel. Szarość to tchórzliwy pretekst do mieszania naszych chęci z potrzebami.

A więc co to jest? Kawał dobrej, niedocenionej fantastyki. Kim Harrison stworzyła niesamowity świat, a pomieszanie współczesności i magii daje obraz rzeczywistości, który mógłby być czymś realnym. Plastyczność obrazu sprawia, że wydarzenia wręcz widziałam w swojej wyobraźni. Wszystko jest dokładnie wytłumaczone, nie ma żadnych niedomówień i nie można mieć żadnych wątpliwości. Sam pomysł na świat i historię poszczególnych ras jest niesamowity i doprecyzowany z niezwykłą dbałością. Kim Harrison napracowała się przy wszystkich drobnostkach, nawet nawiązała kontakt ze specjalistami od nurkowania, aby ten motyw w książce był realistyczny.

Nie płakałam. Zdecydowanie nie płakałam. Czekałam, aż znikną paskudne uczucia, i łzy płynęły mi z oczu, ale nie płakałam, do cholery!

Ta dbałość o szczegóły przewija się na każdej stronie książki, dlatego należy się uważnie wczytać, aby nic nie przeoczyć. Tym bardziej, że czasami jest coś podane jako suchy fakt, a rozwinięte tego następuje dopiero w kolejnym rozdziale. Autorka daje tym samym pole do pracy umysłowi czytelnika. Nie znaczy to jednak, że książka przez to staje się przewidywalna. Jedyne, co jest w niej pewne to kłopoty i zwroty akcji. Nawet kiedy bohaterowie ustalają szczegółowy plan działania, nie można być pewnym, co się wydarzy. Plan zmienia się tysiące razy, a na samym końcu i tak wszystko diabli biorą. Dzieje się wiele, bardzo wiele, więcej niż w trzech innych książkach razem wziętych. 

Niebezpiecznych przyciąga osoba im równa, a słabi się jej boją.

Kim nie zawiodła mnie, jeśli chodzi o poczucie humoru. Chociaż pojawiło się więcej powagi, a nawet i smutku, niż w poprzednich częściach, to chyba przy "Za garść amuletów" śmiałam się najwięcej. Co jak co, ale Rachel przy swojej tendencji do problemów, zachowuje ogromny dystans i poczucie humoru - nierzadko czarne. Żarty nie wynikają wyłącznie z osobowości bohaterów, ale także z kontekstów sytuacyjnych. 

Nie umiałam oczytać słów, lecz Ivy mogłaby poprowadzić moje palce po zarysach liter, żebym na nowo określiła swój świat.

Co do bohaterów - to seria, która ma ich naprawdę wyraźnie wykreowanych. Uwielbiam ich wszystkich, wyjątkowo nie mam problemów z dopasowaniem imion do postaci, każdy jest zupełnie inny i swoją historią znacząco odróżnia się od innych. Każdy ma swój zestaw zachowań, sposób ubierania się, czy chociażby pulę charakterystycznych słów. "Za garść amuletów" zaskoczyło mnie przede wszystkim wątkiem Ivy - tajemnicza wampirzyca zostaje odrobinę zdemaskowana, przez co na jaw wychodzą jej inne cechy. Ivy nie staje się kimś innym, ale poznajemy ją jeszcze bardziej - co nie znaczy, że traci na charakterze. Zadziwił mnie też Jenks i jego wzrost. Jak pisałam, ma on piętnaście centymetrów, ale... 

Chciałam się napić, ale potem zrobiło mi się głupio, że myślę o wodzie, kiedy moi przyjaciele chcą się zabić nawzajem. 

Nie spodziewałam się, że zostanie rozwinięty wątek wilkołaków aż na taką skalę - fani tych stworzeń będą zadowoleni. O ile łaki przewijały się w poprzednich częściach, czasami były nawet na pierwszym planie, to jednak w centrum znajdowały się zazwyczaj wampiry, czarodzieje, demony lub elfy (w zależności od części). Ja fanką wilkołaków nie jestem, ale łaczy wątek poprowadzony w tak zdumiewający sposób bardzo przypadł mi do gustu. Także nowe aspekty magii mnie zachwyciły - fanatycy zaklęć i czarodziejów znajdą w tej książce sporo dla siebie. Rachel zaczyna praktykować jakby inny odłam magii, więc starzy czytelnicy mogą dowiedzieć się więcej o prawach, które rządzą w Zapadlisku.

Odejść od kogoś, kogo się kocha, potrafi tylko niewiarygodnie silna osoba.

Przez te lata zapomniałam już, że Kim Harrison zazwyczaj serwuje też niezłą ucztę dla moich uszu. Wyjątkowo do fabuły wprowadziła tylko jeden utwór z tytułu i nazwy zespołu, ale tak go polubiłam, że mogę to wybaczyć, bo książce nic nie brakuje. Jedyne minusy, jakie widzę, leżą nie po stronie autorki, ale po stronie wydawnictwa. Sporo literówek i źle odmienione wyrazy, a także całe zagranie z premierą. Najbardziej boli mnie to, że zamiast dobrze wypromować ten tytuł, o książce wydawnictwo nie wspomniało nawet nic w dniu premiery, a ukazanie się kolejnego tomu jest uzależnione od sprzedaży tego tomu. 

Oni nigdy się nie zmieniają, tylko po prostu lepiej się kamuflują. 

Jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji zapoznać się z tą serią, a uwielbia fantastykę, gorąco polecam poprzednie części ("Przynieście mi głowę wiedźmy", "Dobry, zły i nieumarły", "Każda magia jest dobra"). Wyraźnie odróżnia się od tego, co obecnie znajduje się na półkach w księgarni. Zdaję sobie sprawę, że znalezienie pierwszej części może być trudne, ale warto trochę pomyszkować. Z kolei fani Rachel Morgan mogą odetchnąć z ulgą i piszczeć z zachwytu. Warto było czekać tyle lat. 

To było dziwne, cywilizowane. Tak, przyszłam pana obrabować. Cudownie; zechce się pan przedtem napić herbaty?

Przeczytane: 31.03.2017
Ocena: 10/10




Copyright © Satukirja , Blogger