Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

6/11/2024

6/11/2024

Jan Gradvall "ABBA. Melancholia undercover"

Jan Gradvall "ABBA. Melancholia undercover"

Uwielbiam biografie muzyczne - albo o całych zespołach, albo o członkach zespołów, albo o solowych artystach. Oczywiście, im dany wykonawca jest mi bliższy, tym chętniej sięgam po biografię. Niemniej, to właśnie mniej znanym mi, a znanym powszechnie, wykonawcom poświęcam więcej ciekawości - w końcu wiem o nich zdecydowanie mniej. 

Z wielkimi oczekiwaniami podeszłam do biografii Abby, którą, oczywiście, na poziomie bardzo ogólnym znam. Pierwsze skojarzenia? Eurowizja, pop, stroje, Mamma Mia i Szwecja. Na tym kończymy. Książka "Abba. Melancholia undercover" miała więc w moim przypadku ogromne pole do popisu. 

Przeczytałam już sporo biografii, jednak ciężko nazwać tę książkę biografią. Mam wrażenie, że to zbiór opowiastek o Abbie - w dodatku mniej lub bardziej ciekawych. Trochę tego, trochę tamtego, a ostatecznie powstał chaos. 

Chaos dotyczy także chronologii. Porządna biografia albo trzyma się chronologii, albo ma ważny powód lub istotniejszy motyw do oparcia historii na czymś innym niż czas. W tej książce miesza się wszystko: osoby, wydarzenia, daty i kulturalno-historyczne tło wydarzeń. To ostatnie, mam wrażenie, zostało przedstawione najlepiej. 

Obawiam się, że ta książka jest na tak dużym poziomie ogólności, że fan zespołu może się przy niej znudzić. Z kolei osoba, która nigdy specjalnie nie interesowała się Abbą, może zostać przytłoczona bałaganem informacji. 


Książkę do recenzji otrzymałam w ramach współpracy barterowej z wydawnictwem. 

Wydawnictwo: Wydawnictwo W.A.B.
Data wydania: 24,04.2024
Liczba stron: 352
Ocena: 4/10

12/11/2017

12/11/2017

Matt Rees "Ostatnia aria Mozarta"

Matt Rees "Ostatnia aria Mozarta"
- Wyborny występ, madame. Zawsze podziwiałem klasyczną symetrię w muzyce Wolfganga. 
- Powiedziałabym, że to tylko pozory - odparłam. - W każdym jego utworze obecne jest pewne napięcie. Słuchacz rozkoszuje się sposobem, w jaki Wolfgang je rozładowuje. 
Książę smakował wino w ustach. Mój sprzeciw był zbyt bezpośredni. 
- Nie tylko wyglądem przypomina pani brata. On także nie mógł puścić płazem niemądrej uwagi o muzyce. 
- Nie twierdzę, że była niemądra, tylko... 
- Niesłuszna. 

Wiecie jaki artysta sprzedał najwięcej płyt w 2016 roku? Nie, nie. Żaden Bieber czy inna Beyonce. To Mozart, który nie żyje od 200 lat. Dopiero pod koniec roku wydano box z wszystkimi dziełami kompozytora, a i tak w nieco ponad dwa miesiące wyprzedził swoich rywali - to tylko pokazuje, jak wielka siła drzemie w jego muzyce.

Śmierć zdawała się dla niego jedyną gwarancją bezpieczeństwa i odpoczynku. 

Kiedy po raz pierwszy ujrzałam okładkę książki "Ostatnia armia Mozarta", zachwyciłam się nią tak bardzo, że nie zwróciłam większej uwagi na tytuł. Dopiero kiedy w oczy rzuciło mi się nazwisko jednego z moich ulubionych artystów, zadecydowałam o zamówieniu własnego egzemplarza, chociaż opis fabuły wskazywał na powieść o charakterze kryminalnym lub detektywistycznym, a w czymś takim nie czuję się zbyt dobrze. Niemniej, Mozart to Mozart i książka niebawem była już u mnie.

Zrozumiałam, dlaczego Wolfgang postanowił się ożenić gdy zamieszkał w Wiedniu. Grał muzykę z mężczyznami, lecz tworzył ją dzięki kobietom. 

Książka stanowi wariację autora - Matta Reesa - na temat śmierci muzyka. W jego wersji wydarzeń do Wiednia przybywa Nannerl, siostra kompozytora, która decyduje się na własną rękę poprowadzić małe śledztwo i zebrać informacje na temat ostatnich miesięcy życia Mozarta. A informacji jest sporo, często sprzecznych. Jak więc oddzielić kłamstwo od prawdy? Tym bardziej, że ktoś wyraźnie nie chce, aby prawda wyszła na jaw.

Spojrzał na mnie, jakby dopiero teraz zauważył, że jestem kobietą i stąd brak mi rozumu. 

Najbardziej oszołomiła mnie kreacja Nannerl - jest ona tym bardziej uderzająca, że narracja została poprowadzona w pierwszej osobie, właśnie z perspektywy drugiego cudownego dziecka. Mam wrażenie, że autor idealnie odwzorował jej charakter, nie mówiąc już o wczuciu się w jej położenie w sytuacji po śmierci mistrza i odbiciu bohaterki w swojej wersji wydarzeń. Pomijając już kwestie charakteru Nannerl, autor świetnie poradził sobie z wczuciem się w kobiecą postać - choć mam wrażenie, że to trudne nie było ze względu na dość "męski" charakter bohaterki. Jej upór i spryt potrafią zadziwić. W ogóle motyw kobiety i jej postrzegania jest wyraźnie zaznaczony.

Mężczyźni niszczą kobiety. Nie doceniają naszych talentów. Ciemiężą nasze ciała i rujnują nasze zdrowie swoimi nocnymi umizgami i ciążami, w które nieustannie nas wpędzają. Ja uniknęłam tak nędznego losu. Dlatego mogłam poświęcić się karierze i odnosić sukcesy. Nigdy nie szukałam wsparcia mężczyzny, bo taka pomoc zawsze kosztuje, czasem nawet życie. Żaden mężczyzna nigdy też mnie przed niczym nie powstrzymał. 

Inną kwestią, która mnie zadziwiła, jest sam styl autora. Wielokrotnie sprawdzałam, czy autor na pewno jest mężczyzną, mając na uwadze samą Nannerl jako narratora, ale sam styl był mocno męski - konkretny i surowy, bardzo dosadny. Po prostu czuć męskie pióro, które sprawia, że książce bliżej do kryminału niż romansu. Prawdę mówiąc, nie rozumiem, dlaczego w niektórych miejscach pozycja ta klasyfikowana jest jako romans. Wątek miłosny jest tutaj tak nieważny i ukryty, że trudno go dostrzec - gdzieś tam jest, w tyle, niezbyt ważny. Na pierwszy plan wysuwa się intryga.

Nie znam się na szaradach. Jestem ślepa. Nie znoszę rzeczy, które utrudniają dostrzeżenie prawdy. 

No właśnie. Intryga. Wizji na temat śmierci artysty jest tak wiele, że trudno je zliczyć. W "Ostatniej arii Mozarta" autor przedstawia swój punkt widzenia, podparty dowodami, choć zaznacza, że jest to jedynie wariacja na ten temat - kilka faktów historycznych musiał zmienić, aby pasowało do fabuły. Niemniej, faktów i autentycznych postaci jest tutaj bardzo wiele. Jestem pełna podziwu, że Matt Rees potrafił ich tak zwinnie wpleść w swoją opowieść. Historia objawia się również w inny sposób - w magicznych opisach ówczesnego Wiednia. Uwielbiam, kiedy zwraca się uwagę na takie smaczne detale, jak chociażby architektura. Nie mówiąc oczywiście o muzyce - tutaj muzykę wręcz czuje się w słowach. Autor rozebrał kompozycje na nuty, aby ukazać geniusz Mozarta. Ale muzyka nie jest tutaj detalem, tylko głównym rytmem lektury.

Kobieta, która nie lęka się nocy ni śmierci, godna jest, by dostąpić wtajemniczenia. 

Jedynym słabym punktem jest prowadzenie akcji. Niejednokrotnie miałam wrażenie, że stoi ona w miejscu, choć niby się porusza. To było jak drepczenie w miejscu na mrozie. Niby porusza się nogami, niby śnieg skrzypi pod butami, ale stoi się w miejscu i marznie. To był jedyny powód, dlaczego tak dużo czasu zajęło mi przeczytanie "Ostatniej arii Mozarta" - czytałam kilkadziesiąt stron, na których działo się dość sporo ciekawych rzeczy, ale niezbyt istotnych i które wolno rozkręcały akcję.

Moja droga, oślepłam jako trzylatka. Przez chwilę było mi ciężko. Potem zrozumiałam. Dość się napatrzyłam na ten straszny świat, abym już zawsze miała jego obraz przed oczami. Gdy nie rozprasza mnie wzrok, widzę życie takim, jakim jest naprawdę. 

Ogółem jednak książka jest godna polecenia. Swoją muzycznością zachwyci nie tylko miłośników Mozarta, a opisami Wiednia fascynatów historii - to bardzo dobra lektura, zdecydowanie różniąca się od innych na tle współczesnego rynku wydawniczego.

Lęk winien być strażnikiem duszy, który skłania ją do mądrości. 

Przeczytane: 5.11.2017
Ocena: 7/10


11/21/2017

11/21/2017

Ozzy Ozbourne, Chris Ayres "Ja, Ozzy. Autobiografia"

Ozzy Ozbourne, Chris Ayres "Ja, Ozzy. Autobiografia"
- Słyszałeś te ciężkie brzmienia na płycie Led Zeppelin?
Bez mrugnięcia okiem odpowiedział:
- My zagramy ciężej. 

Kiedyś sądziłam, że biografie to najnudniejsze książki na świecie. Fakty z życia danej osoby, zarysowane drzewo genealogiczne, ukończone szkoły, sukcesy w pracy i mnóstwo, mnóstwo dat. Kiedy pomyślałam o przeczytaniu biografii jakiegoś swojego ulubionego zespołu, także przechodziły mnie ciarki. Wyobrażałam już sobie, jak w tak nudny sposób opisywane są każde albumy, rok po roku, co uczyniłoby z muzyki suchy fakt. Tak, kiedyś tak sądziłam. A później chwyciłam za książkę "Ja, Ozzy. Autobiografia".

Rodzice widzieli mnie w telewizji, o czym dowiedziałem się od braci kilka dni później. Nawet jeśli byli ze mnie dumni, nie powiedzieli tego. Łudzę się jednak, że byli. 

Ozzy Osbourne znany jest wszystkim, nie trzeba go przedstawiać. Słynny rockman i wieloletni członek jednego z najważniejszych zespołów w historii muzyki - Black Sabbath - zapisał się w pamięci ludzi nie tylko talentem wokalnym, ale również, jeśli nie przede wszystkim, swoim skandalicznym zachowaniem. Mówili, że Ozzy nie napisze tej książki, a jednak - oto jest. Być może przewidywano, że muzyk będzie miał problemy ze zebraniem wspomnień (alkohol, narkotyki i szaleńcze tempo życia robią swoje), ale coś tam udało mu się wyciągnąć z pamięci.

Czasem tak jest lepiej, gdy znajomość ma trwać jedną noc. 

Patrząc na życie Ozzy'ego można się spodziewać, że książka będzie, delikatnie mówiąc, dość ciekawa i serwująca specyficzne opowieści. Faktycznie, lektura jest pełna humoru i wyraźnie przedstawia barwne wydarzenia z życia muzyka, a napisana została tak lekkim piórem, że czyta się ją w mgnieniu oka, mając przed oczyma opisywane sytuacje.

Osobiście najbardziej bałem się tego, że się rozminiemy z oczekiwaniami fanów. Wiedziałem, że nie możemy w nieskończoność klepać "Iron Manów", że potrzebujemy nowych wyzwań. Ale też nie mogliśmy do każdego kawałka dodawać instrumentów dętych i grać jakiegoś debilnego abstrakcyjnego jazzu. Zespół nazywał się Black Sabbath i póki tak było, musieliśmy grać ciężko, żeby ludzie nas brali na poważnie. 

Oprócz śmiechu książka dostarcza też... refleksji. Mamy okazję poznać Ozzy'ego z innej strony niż tylko muzyka. Pojawia się całe mnóstwo prywatnych wątków, głównie ze strefy rodzinnej, co dla fanów nie będzie dużym zaskoczeniem, a jednak dostarczy mnóstwo ciekawych informacji. Ozzy pokazuje się nam też z drugiej perspektywy - nie tylko szaleńczej wersji muzyka zespołu metalowego, ale także w wersji osoby, która swoje w życiu przeszła i może coś na ten temat powiedzieć. Książka dedykowana jest fanom, ale już na pierwszej stronie wspominany jest Randy Rhoad. Jak wiadomo, Ozzy bardzo przeżył (przeżywa) jego śmierć i to właśnie fragmenty poświęcone młodemu gitarzyście mocno dotknęły mojego serca.

Najsmutniejsze jest to, że dopiero po wytrzeźwieniu widziałem, jak podle się zachowuję. Wierzcie mi, teraz już wszystko rozumiem. 

Dlaczego uważam, że "Ja, Ozzy" jest jedną z najlepszych biografii? Otóż dlatego, że na siłę nie zostały upchnięte w niej daty i suche fakty. Wydarzenia zostały przedstawione tak, że czytelnik ma wrażenie bycia w tamtym miejscu i w tamtym czasie. Styl jest fenomenalny, jego prostota pasuje do tematyki, a równowaga w emocjach zostaje zachowana - idealnie dryfuje się pomiędzy złymi i dobrymi wydarzeniami. Nie bez znaczenia ma tutaj dystans Ozzy'ego do samego siebie i otaczającego go świata. Ponadto, tekst urozmaicony został fotografiami, które dopełniają opisy.

No więc pewnego dnia wyszedłem z próby i już nie wróciłem. 

Książkę gorąco polecam nie tylko miłośnikom muzyki i fanom Black Sabbath oraz samego Ozzy'ego Osbourne'a. To kawał dobrze napisanej biografii, więc warto do niej zajrzeć, nawet jeśli nie lubi się mocniejszych brzmień. Ja często do niej zerkam, kiedy mam zły humor - wystarczy otworzyć książkę na dowolnej stronie i już mimowolnie się śmieję.

- Wie pan co? - mówię. - Jeśli mogę coś zrobić dla kościoła, cokolwiek, proszę mi dać znać, dobrze?
- O, to bardzo miłe z pańskiej strony. Nie gra pan przypadkiem na organach?
- E... nie. 
- Ale gra pan w jakimś popowym zespole, prawda?
- Tak, gram. 
- Mogę wiedzieć, jak się nazywacie?
- Black Sabbath. 
- A. - Pastor przez chwilę marszczy czoło, potem patrzy na mnie i mówi: - Trochę dziwna nazwa, nie uważa pan?

Przeczytane: 26.07.2014
Ocena: 10/10


5/18/2017

5/18/2017

Muzyczny przekładaniec

Muzyczny przekładaniec
Od jakiegoś czasu obiecuję sobie, że sukcesywnie będę zapisywać piosenki dnia. Czasami mi się to udaje, ale częściej jest tak, że muszę się trochę zastanowić nad tym, czego w danym dniu słuchałam lub przejrzeć historię przeglądania, o ile słuchałam czegoś na laptopie. Jednak tym razem mnie pokarało - usunęła mi się historia i musiałam naprawdę wytężyć umysł, aby wyłapać muzykę sprzed dwóch tygodni. Ale cóż, udało mi się. I chociaż świat obiegła smutna wiadomość, że Chris Cornell nie żyje, to dzisiejszy wpis jest bardzo pozytywny. Nie byłam wielką fanką jego muzyki, ale znałam, lubiłam i szanowałam jego twórczość, szczególnie tą z zespołem Soundgarden. Są gusta i guściki, ale niektóre rzeczy po prostu się ceni, niezależnie od własnych upodobań. Dla fanów zespołu musi to być podwójny cios, bo formacja zapowiadała ostatnio nowy album. Przekonałam się na własnej skórze, co to znaczy, kiedy ukochany zespół już nie nagra obiecanego krążka, dlatego rozumiem fanów ich muzyki.


Czwartek, czwarty maj: 2Cellos My Heart Will Go On



Jakiś czas temu strasznie zaskoczyłam Was tą piosenką. Nie dziwię się Wam. Sama nigdy niespecjalnie pałałam do niej sympatią. Ba, miałam na nią nawet jakieś ckliwe, sentymentalne i cyniczne zarazem określenia. Ale ostatnio strasznie mnie inspiruje. A że lubię różne mniej lub bardziej dziwne covery, postanowiłam czegoś poszukać. Już kiedyś wpadłam na wykonania metalowe, lecz tym razem na takowe nie miałam ochoty. Miałam ochotę na coś, co ukazywałoby jakieś emocje i głębię piosenki (Céline Dion zdecydowanie tego nie robi). I proszę, oto znalazłam. W dodatku w wykonaniu drugich moich ulubionych wiolonczelistów (przepraszam, ale Apocaliptica jednak bardziej mnie ujmuje). 


Piątek, piąty maj: Kenny Loggins Footloose 



A co tam, zaskoczę Was ponownie. Tym razem jednak w zupełnie innym stylu. Stara piosenka, z 1984 roku, czyli starsza ode mnie o prawie dwanaście lat, a jednak towarzyszy mi od zawsze. Te babcine radio w kuchni. Jeśli ktoś nie ma babci, która od zawsze słucha jakiejś stacji radiowej ze starą muzyką, to tego nie zrozumie. Wtedy tego nie lubiłam, a dziś widzę w tym dziecięcą magię. Dawno nic nie rozbudziło mnie w nocy tak, jak właśnie ta piosenka. Nie włączę jej na stałe do swojego repertuaru, ale jako rozbudzacz podczas sesji na pewno się sprawdzi i wiele będę jej zawdzięczać. 


Sobota, szósty maj: Abel Korzeniowski Dance For Me Wallis



Jeśli mowa już o radiu, uwielbiam czasami posłuchać stacji z muzyką filmową lub klasyczną (a często jedną i drugą na jednej stacji). W sobotę wieczorem w samochodzie ujęło mnie coś innego, ale w domu już tego nie czułam. Przesłuchałam raz, drugi, trzeci, ale nie czułam w tym magii. Zgaszone światło nie pomogło. Poczułam jednak to. Abel Korzeniowski mnie zahipnotyzował. Muzyka inna od tej w samochodzie, ale trafiła w moje serce i została tam na dłużej. Zobaczymy, na jak długo. I chociaż dramaty to filmy nie dla mnie, na "W.E. Królewski romans" jednak się skuszę - i to nie ze względu na tę magiczną muzykę. 


Niedziela, siódmy maj: Jet Are You Gonna Be My Girl?



I znów coś na rozbudzenie. Tym razem Jet, który kilka lat temu ujął mnie piosenką "She's a Genius". Minęło kilka lat, a wciąż wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Tym razem towarzyszyło mi jednak coś innego, bo "Are You Gonna Be My Girl?", czyli niezwykle chwytliwa melodia. I jakże ciekawy teledysk... I tylko ciekawy. Jak dla mnie nie zasłużył na nagrodę MTV Video Music Award za najlepszy teledysk rockowy. Ale niech będzie, aż tak się nie czepiam. 


Poniedziałek, ósmy maj: Led Zeppelin Whole Lotta Love



Ten muzyczny przekładaniec jest dla mnie samej zaskoczeniem. Oto przykład: Led Zeppelin, chociaż jeden z prekursorów hard rocka i jeden z najbardziej cenionych zespołów w ogóle, to formacja, której nienawidzę. Wykonanie 2Cellos tegoż utworu złagodziło jednak moje negatywne nastawienie i polubiłam oryginał, który od kilku dni należy do mojego codziennego repertuaru. Nie wiem, czy niebawem mi się nie znudzi, ale póki co cieszę się dźwiękami. 


Wtorek, dziewiąty maj: Cradle Of Filth Temptation 



Pomimo różnych, często bardzo skrajnych opinii, uwielbiam Cradle Of Filth. Być może dlatego, iż to jeden z pierwszych zespołów, które pokochałam już w dzieciństwie. Wtedy znałam trochę ciężkiej muzyki, ale nie aż tak. Zespół znam więc już od dawna, ale "Temptation" polubiłam dopiero dwa lata temu. Hmm... Nie słucham jej zbyt często, chociaż kocham ją śpiewać (jeśli można to tak nazwać). Po prostu Cradle Of Filth cenię bardziej za mroczne i niezwykle klimatyczne utwory, często bardzo długie. Poza tym moja "miłość" do żeńskich wokali... 


Środa, dziesiąty maj: Linkin Park Krwlng



Już raz wstawiłam w muzycznym przekładańcu piosenkę w takim wydaniu. Chociaż wtedy chodziło zarówno o łyżwy, jak i o muzykę, tak tutaj chodzi przede wszystkim o łyżwy. Muzyka bez nich nie robi na mnie aż takiego wrażenia, choć Linkin Park był kiedyś w czołówce moich ulubionych zespołów (nie znałam wówczas fińskiej muzyki). Dla nieobeznanych w temacie - Kerr i Kerr to rodzeństwo, nie małżeństwo. Układ jest wspaniały, a muzyka to eksponuje. Wykonanie może nie jest najlepsze, ale... Żałuję jedynie, że nie tańczyła tego układu któraś z moich ulubionych par - najlepiej Gwendal Peizerat i Marina Anissina (co w zasadzie byłoby niemożliwe). Chociaż partnerów poza lodem nic nie łączy, to jednak potrafią pokazać podczas występu namiętność. W przypadku rodzeństwa to niemożliwe. 


Czwartek, jedenasty maj: Acid Drinkers Hit The Road Jack



Acid Drinkers to może nie jest zespół, który lubię, ale na pewno to mój ulubiony polski zespół o ciężkim brzmieniu (gwoli przypomnienia, ja i polska muzyka to zupełnie inne światy). Być może stało się to przez to, że kiedy po raz pierwszy usłyszałam jakąś ich piosenkę, nie sądziłam, że to polski zespół. Nic więc dziwnego, że się ku niemu skłaniam. A jeśli chodzi o ten cover... Czy nie jest po prostu świetny? Uwielbiam znane piosenki w zupełnie odmiennych aranżacjach. 


Piątek, dwunasty maj: Black Sabbath Changes



Od czego zaczęła się moja przygoda z Black Sabbath? Od "Changes" i "Laguna Sunrise". Wówczas nie znałam jeszcze żadnej z ich piosenek i nie rozumiałam, jak mogą tworzyć ostrą muzykę, której ikoną się stali. HIM i Black Sabbath poznałam w tym samym czasie. Kiedy nie słuchałam pierwszego, to męczyłam drugie. Lato pomiędzy gimnazjum i liceum było magiczne. Nie spałam często aż do samego rana, patrzyłam najpierw na gwiazdy, później na budzące się słońce. Pamiętam ciepłe światło lampki na biurku, słodki zapach lata, odgłosy natury, dźwięki tej piosenki oraz rysunki, od których odrywałam się w celu wystawienia głowy przez okno i spojrzenia na niebo, aby chłodny wiatr otarł łzę z mojego policzka. To jedno z moich najpiękniejszych wspomnień. 


Sobota, trzynasty maj: Black Sabbath Megalomania



W piątek ogarnęła mnie ogromna tęsknota za dawno niesłyszaną muzyką Black Sabbath i ich brzmieniem, kiedy przy mikrofonie stał Ozzy. Ostatnio kiedy już ich słuchałam to z innych okresów, więc postanowiłam wypełnić nieprzyjemną pustkę i pozbyć się tęsknoty. "Megalomania" to jeden z tych utworów, przez które jestem w stanie leżeć cały dzień i się nie ruszać, pozostając w całkowitym odrętwieniu i magii muzyki. W tym utworze jest coś tak hipnotyzującego, że właśnie leżąc na łóżku wręcz czuję fizyczny przypływ siły. To chyba zostanie mój hymn inspirujący do pisania pracy na studia. 


Niedziela, czternasty maj: Ed Sheeran Thinking Out Loud



Jak dla mnie Ed Sheeran zginąłby w tłumie, gdyby nie jego ruda czupryna. Jego głos nie jest zbyt charakterystyczny, muzyka też niczym specjalnym się nie wyróżnia. Nie wzbudza we mnie ani zachwytu, ani odrazy. Jestem w stanie posłuchać dwóch jego piosenek i to rzadko, bo szybko mi się przejadają - jak też inne radiowe utwory. Kiedy ukazało się "Thinking Out Loud", chyba bardziej spodobał mi się teledysk niż sama piosenka... No cóż. Ale dawno jej nie słyszałam, a w niedzielne popołudnie z mamą oglądałyśmy "Zanim się pojawiłeś", gdzie utwór znalazł zastosowanie i dobrze wkomponował się z film. 


Poniedziałek, piętnasty maj: Counterfeit  Enough



Już samym wieczorem, po 22 otworzyłam skrzynkę pocztową i moim oczom okazała się jedna z najlepszych wiadomości ostatniego czasu. Counterfeit i Woodstock?! Ach, to spełnienie najsłodszych marzeń. To brzmienie jest idealne na ten festiwal lub może bardziej ten festiwal jest idealny do tego brzmienia. Żałowałam, że nie pojechałam (chyba) rok temu na ich pierwsze koncerty w Polsce, chociaż cena biletów była zatrważająco niska i lokalizacja idealna. Kiedy znów mieli występ w naszym kraju, cena była znacznie wyższa. Zastanawiałam się i biletu ostatecznie nie kupiłam. Prawdę mówiąc - cieszę się, bo będę miała możliwość usłyszenia ich po raz pierwszy w takim miejscu. Już czuję tę energię! 


Wtorek, szesnasty maj: Arctic Monkeys Do I Wanna Know? 



Chyba od pół roku jest to moja piosenka na kaca. Powszechnie znana i lubiana, zawsze była spychana przeze mnie na dalszy tor. A jednak. Ostatnio takie brzmienie bardzo przypadło mi do gustu i proszę, oto spodobał mi się ten utwór. Wydaje mi się być na tyle neutralna, że jestem w stanie robić z nią w tle wiele rzeczy, a także na tyle charakterystyczna, aby podnosiła mój poziom pobudzenia i dodawała energii do pracy.  


Środa, siedemnasty maj: The Darling Buds Riptide



Po poniedziałkowej rewelacji postanowiłam powrócić do moich początków w zasadzie z Counterfeit, czyli do piosenki, w której Jamie po raz pierwszy objawił mi się w ostrzejszym brzmieniu. Uwielbiam ten utwór! Zawsze wywiera na mnie pozytywny wpływ. Rześka i ożywcza muzyka dobrze mi zrobiła po dość ciężkim dniu, a także poprawiła mi humor w chorobie. Ale Counterfeit porywa mnie bardziej. Czas odliczać do koncertu. 



5/04/2017

5/04/2017

Muzyczny przekładaniec

Muzyczny przekładaniec
Z racji ograniczonego czasu postanowiłam dzisiaj nie dodawać komentarza do poszczególnych piosenek. Nie wiem też, czy taka forma muzycznego przekładańca nie byłaby lepsza - napiszcie, proszę, w komentarzach, jaki sposób przedstawiania piosenek preferujecie. Ja wolę jednak dorzucić kilka słów od siebie, ale często mam wrażenie, że jest to zbyteczne. Poza tym, zajmuje to trochę czasu. 
Dziś muzyczny przekładaniec zawiera jedną piosenkę, która pojawiła się już wcześniej. Mowa tutaj o "Walpurgisnacht" zespołu Faun. Nie wynika to jednak z mojego niedbalstwa. Długo wahałam się, czy umieścić ponownie ten utwór w zestawieniu, ale uznałam, że cel jest szczytny i będzie mi to ze względu na niego wybaczone. Mowa oczywiście  o tym, że w nocy na przełomie kwietnia i maja obchodzona jest Noc Walburgi.


Czwartek, 20 kwiecień: Hinder Born To Be Wild



Piątek, 21 kwiecień: Black Sabbath Spiral Architect



Sobota, 22 kwiecień: Evanescence Dirty Diana (cover, wersja na żywo, 2016 rok)



Niedziela, 23 kwiecień: HIM Rebel Yell (cover, wersja na żywo, Rock am Ring, 2010 rok)



Poniedziałek, 24 kwiecień: Korn Slept So Long



Wtorek, 25 kwiecień: Paramore Hard Times



Środa, 26 kwiecień: Johanna Kurkela, Jarkko Ahola, Tony Kakko, JP Leppäluoto Avaruus (wersja na żywo)



Czwartek, 27 kwiecień: Green Day Homecoming



Piątek, 28 kwiecień: Hoobastank I Don't Think I Love You



Sobota, 29 kwiecień: Disciple After The World



Niedziela, 30 kwiecień: Faun Walpurgisnacht



Poniedziałek, 1 maj: The Last Shadow Puppets Miracle Aligner



Wtorek, 2 maj: Bastille Blame



Środa, 3 maj: Sorry Boys Wracam





4/20/2017

4/20/2017

Muzyczny przekładaniec

Muzyczny przekładaniec
Moikka!
W końcu po świętach. Mam nadzieję, że wielkanocne pomagiery z ogromnymi uszami przyniosły każdemu książkoholikowi potężną dawkę książek. Jeśli nie - nic straconego. Na pewno każdy z Was ma spory stos książek do przeczytania. 
Ja ostatnio naliczyłam ich 60. Mogłabym zbudować z nich już małą twierdzę. Jestem ciekawa, kiedy je wszystkie przeczytam. Coś czuję, że nigdy. 
Tym bardziej, że ostatnio mam więcej chęci do pisania. Czytanie zdecydowanie mniej mnie pochłania. Co za tym idzie - słucham jeszcze więcej muzyki niż zwykle. Muzyka też jest dość urozmaicona, a poniższe zestawienie odrobinę to obrazuje. Wyjątkowo ciężko jest mi wyłapać jakąś piosenkę dnia, bo nałogowo słucham może czterech piosenek, dzień przy dniu. I tak te cztery piosenki rozbrzmiewają codziennie - a oprócz nich jest masa innych, których słucham tylko raz. Co zrobić?


Czwartek, 6 kwiecień: Turboweekend Neverending


Turboweekend wzbudzał, a w zasadzie nadal wzbudza, we mnie dziwne uczucia. Zawsze miałam wrażenie, że jest to polski zespół - co jak co, dla mnie brzmiał dziwnie polsko. Kiedy skonstatowałam, że formacja pochodzi z Danii i została założona przez szkolnych znajomych, nie mogłam w to uwierzyć. Chociaż piosenka wyszła już dobrych kilka lat temu, mi towarzyszy raz na jakiś czas. Szczególnie podoba mi się teledysk - on w połączeniu z muzyką daje bardzo przyjemne, letnie wrażenie. 


Piątek, 7 kwiecień: AFI Too shy to scream



Chociaż AFI poznałam poprzez zupełnie inną piosenkę, to właśnie ten utwór najbardziej kojarzy mi się z tym zespołem. Zespołu słucham rzadko (sama nawet nie wiem, dlaczego tak się dzieje), a jeśli już go słucham, to zawsze podczas takiej sesji włączam tę piosenkę. Nierzadko poprawia mi humor i dodaje energii. Coś idealnego, żeby rano wstać z łóżka w dobrym humorze, choć może tekst na to nie wskazuje. Do pośpiewania i potańczenia na pewno się sprawdzi. Piosenka pochodzi z albumu Crash Love, który wydany został w 2009 roku. To właśnie na tym krążku znajduje się najwięcej lubianych przeze mnie utworów AFI. 


Sobota, 8 kwiecień: Bullet For My Valentine Waking the demon



Kiedyś w zespole Bullet For My Valentine orientowałam się tylko za sprawą bardziej znanych piosenek. O ironio, kiedy poświęciłam więcej uwagi zespołowi, zmienił on odrobinę swoje brzmienie. Znam więcej nowszych utworów, ale to te starsze wzbudzają we mnie więcej emocji. Przez lata nie wiedziałam o istnieniu tejże piosenki, ale kiedy ją poznałam, przepadłam. Jest to jedna z najczęściej słuchanych przeze mnie melodii zespołu, bardziej ze względu na to stare brzmienie i fakt, że nie jest do bólu smutna, niż ze względu na samą sympatię. 


Niedziela: 11 kwiecień: Happysad Psychologia



Moja niechęć do polskiej muzyki jest coraz większa i wiedzą o niej już chyba wszyscy w moim otoczeniu. Ale nie powiem, są jakieś polskie perełki, których słucham. Ba, okazuje się, że jest jedna taka piosenka, która potrafi dodać mi energii i zachęcić mnie do działania. Mowa tutaj o "Psychologii" Happysad, która stała się dla mnie hymnem na czas studiów. Zawsze kiedy dopada mnie szczególny leń naukowy, włączam sobie tę piosenkę i zaczynam działać. 


Poniedziałek, 10 kwiecień: Faun Unda



Faun odkryłam zaledwie kilka miesięcy temu, kiedy już prowadziłam bloga. Pamiętam, że pisałam o chęci poznania zespołu lepiej. Czułam, że to się zdarzy. I faktycznie, sukcesywnie poznaje inne piosenki tej niemieckiej formacji. W muzycznym przekładańcu występuje dziś po raz piąty, a ja ubolewam nad faktem, że zespół w najbliższym czasie nie wystąpi w Polsce. Koncerty w Niemczech, Rosji, Czechach lub we Francji - owszem, są. Ale w Polsce, niestety, nie. 


Wtorek, 11 kwiecień: Larisa Ciortan Smells like teen spirit



Nienawidzę programu "The Voice of...". Niesamowicie mnie nudzi, wydaje mi się okropnie sztywny i ma w sobie mniej elementu rozrywkowego od jakiegoś konkursu w stylu dziecięcej Eurowizji. Jednak kiedy przyjrzałam się niepolskim wersjom tego programu, zachłysnęłam się ludźmi, którzy brali w nich udział. Szczególnie zszokowała mnie Rumunia, a już w ogóle przepadłam w powyższym wykonaniu kultowego utworu Nirvany. 


Środa, 12 kwiecień: Chris Isaak Solitary man



Chris Isaak to chyba jeden z moich ulubionych wokalistów, w których głosie zawsze przepadam, ilekroć go słucham. "Solitary man" to podobno jedna z najpopularniejszych piosenek pięciu ostatnich dekad, ale ja jakoś tego nie zauważyłam. Spotkałam ją kilka lat temu za sprawą coveru w wykonaniu HIM i, prawdę mówiąc, sądziłam, że oryginał należy do Chrisa, a nie Neila Diamonda. Cóż, człowiek uczy się całe życie. Oryginał mnie jednak nie porywa, a najwłaściwszą wersją wydaje mi się właśnie ta powyższa. 


Czwartek, 13 kwiecień: Green Day Johnny B. Goode (wersja na żywo)



Zapuszczając się w trochę starszą piosenkę, ale w nowszym wykonaniu, w czwartek towarzyszyła mi niezwykle energetyczna wersja "Johnny B. Goode" Green Day'a. Green Day ze swoją dynamiką i klimatem ożywili tę piosenkę jeszcze bardziej, choć wydawałoby się to niemożliwe. Jeszcze wykonanie na żywo - a wiadomo, że Green Day na żywo ma jeszcze więcej energii niż na kawałkach studyjnych. Jak i w przypadku środowej piosenki, znam wiele coverów tego utworu, ale powyższy podoba mi się najbardziej. 


Piątek, 14 kwiecień: Extreme More than words



W piątkowy wieczór usiadłam do przepięknej ballady, do której nakręcono skromny, klimatyczny, czarno-biały teledysk. Piosenkę uwielbiam za jej przesłanie, nie tylko za sam tekst, czy muzykę samą w sobie. Jestem przeciwniczką mówienia o miłości wprost - od słów zdecydowanie bardziej wartościowe są czyny. Wyrażanie swoich uczuć sobą, nie tylko przez słowa, powinno być dla nas naturalne. Niestety, często mam wrażenie, że ludziom łatwiej przychodzi mówienie, niż okazywanie uczuć. 


Sobota, 15 kwiecień: Céline Dion My heart will go on



Sto piąta rocznica zatonięcia Titanica przypomniała mi, jak dawno temu ten statek wywarł na mnie ogromne wrażenie. Być może nawet historia samego statku bardziej na mnie oddziaływała. Potrafiłam godzinami oglądać zdjęcia wraku i szukać informacji na ten temat. Nurkowanie i podziwianie zatopionego Titanica byłoby dla mnie spełnieniem marzeń. Ale filmowa historia nie odbiła się, oczywiście, bez echa. Z tym, że film byłam w stanie obejrzeć tylko raz. Nie pamiętam, czy odważyłam się na drugi raz, a trzeciego na pewno nie było. Niemniej, rocznica ta przypomniała mi o tej mojej dziecięcej fascynacji i natchnęła do pisania. Znów. Miałam niedomknięty wątek jednej z bohaterek w książce. Powierzchownie wiedziałam, jak go zakończyć, a przy tym nadać głębie jej osobowości, ale teraz jest on doprecyzowany i pociągnięty dalej - i to dalej, niż kiedykolwiek mogłabym się po sobie spodziewać. Samej piosenki uczyłam się kiedyś grać na gitarze i śpiewać - nie wyszło to z mojej inicjatywy i nie przykładałam się specjalnie do nauki tego utworu. 


Niedziela, 16 kwiecień: Guns N’ Roses Sympathy for the devil



Nienawidzę Guns N’ Roses. Scenę rockową i metalową uwielbiam, ale największych gigantów po prostu nie mogę słuchać. Trudno. Niemniej w niedzielę przełamałam się i posłuchałam - i to nie tak od siebie. Przez całe święta oglądaliśmy rodzinnie filmy - głównie horrory. Jako że normalni ludzie czas świąteczny spędzają bardziej pobożnie, ja postanowiłam zmartwychwstanie świętować w iście wampirzym klimacie - oglądając "Wywiad z wampirem" i "Królową potępionych" po raz setny. I tym razem, wpatrując się w napisy, spostrzegłam, że w tle leci chwytliwa piosenka. Jedna z najlepszych scen... "Don't be afraid... I'm going to give you the choice I never had." A więc co mogło mi towarzyszyć dzień po takim wampirzym seansie? Przecież to wyraźnie podobało się nawet Lestatowi. 


Poniedziałek, 17 kwiecień: Bon Jovi Bed of roses



Nigdy nie byłam specjalną fanką tegoż zespołu oraz ani samego w sobie Johna. Jego głos nigdy mnie tak nie porywał. Nigdy też nie wchodziłam choćby ciut głębiej w muzykę formacji... A szkoda. Gdybym wcześniej wpadła na "Bed of roses" na pewno więcej uwagi poświęciłabym na zapoznanie się z historią i piosenkami zespołu.  To kolejna piękna ballada w tym zestawieniu. Nic dziwnego, że muzyka tak skutecznie odciągnęła mnie od czytania, a skłoniła do pisania. O tak, piosenka znajduje już swoje zastosowanie w pisaniu dalszych fragmentów książki. Sam kontekst napisania tegoż utworu też jest warty odnotowania - Jon przytargał pianino hotelowe do swojego pokoju, gdzie zaczął opisywać, jak czuł się w tamtej chwili. Zaledwie kilka minut wypływania uczuć z serca, a powstała tak cudowna piosenka. 


Wtorek, 18 kwiecień: Paramore Still into you (wersja na żywo, Pinkpop)



Paramore to taki twór, który kiedyś bardzo, ale to bardzo lubiłam. Potem ich brzmienie trochę się zmieniło, a w ostatnim czasie tak drastycznie, że nie jestem w stanie słuchać tej formacji bez szpilki wbitej w serce. Nie mówię, że nowe brzmienie jest złe. Jest po prostu... inne. I mniej dojrzałe, bardziej dziecinne, infantylne i idealne, aby zbić pieniądze na masowym odtwarzaniu piosenki we wszystkich możliwych rozgłośniach radiowych. We wtorek jednak rozkoszowałam się piosenką z tego, jak na moje oko, przejściowego okresu w historii zespołu. 


Środa, 19 kwiecień: Peter Gundy Sorrows Passing



Jeśli sądzicie, że w ciągu tych dwóch tygodni nie mogłam już wynaleźć sobie czegoś piękniejszego i bardziej inspirującego do pisania, jesteście w błędzie. W środę napisałam dziesięć tysięcy sto trzydzieści jeden znaków, głównie przy tym utworze. Utwór jest idealny, ale od połowy przechodzi w coś magicznego. To właśnie sprawia, że moje palce same suną po klawiaturze, a głowa pracuje, wysyłając do moich rąk odpowiednie słowa, pochodzące prosto z serca. Peter mnie zdumiewa z każdą nową pracą. Zawsze sądzę, że już niczego piękniejszego nie da rady stworzyć, a wtedy on to robi. 



4/06/2017

4/06/2017

Muzyczny przekładaniec

Muzyczny przekładaniec
Ufff. Dziś od rana próbowałam zasiąść do tego wpisu, ale wyjątkowo wszystko mnie rozpraszało. Nie pomagało też to, że plany na dzień dzisiejszy zmieniały się jak w kalejdoskopie, a więc nie mogłam sobie godzinowo wszystkiego rozplanować. Dodatkowo, w głowie miałam to, że przy tym poście się napracuję, bo w ogóle nie zapisywałam piosenek dnia. Teraz muszę prześledzić dzień po dniu, aby ustalić, co ciekawego poznałam. Ba, skoro muzyczny przekładaniec - jak już zapowiadałam - będzie się ukazywał co dwa tygodnie, teraz muszę przygotować 14 utworów, a nie 7... Nieźle się wpakowałam. 
Niemniej, muzyka to sama przyjemność! 
A zdjęcie obok zostało zrobione podczas jednego z pierwszych wiosennych spacerów. 


Czwartek, 23 marzec: Parkway Drive Vice Grip



Uwielbiam sobie czasem poszperać w zakładkach - ha, tak, używam ich. Zazwyczaj zapisuję tam muzykę, którą chcę poznać później, bo mnie zaciekawiła, a w danym momencie nie mam czasu na nawiązywanie takich znajomości. Tę piosenkę zapisałam tam rok temu (albo nawet i dawniej). Takie odkopywanie jest ciekawe, jeśli ktoś ma muzycznego kaca i męczy go szukanie nowej muzyki, a starej ma dość. Co do zespołu - pochodzi z Australii, a jak można nie lubić australijskiego zespołu? 


Piątek, 24 marzec: Amy Lee Speak To Me



Jeśli mam być szczera - nie wiem, czy przesłuchałabym tę piosenkę, gdyby nie skusiła mnie miniaturka teledysku. Klip jest wspaniały - pod względem estetyki i kolorystyką, a to właśnie sprawia, że z niepozorną fabułę można oglądać z zachwytem. Tak niewiele trzeba, aby stworzyć coś zapierającego dech w piersi. Sama piosenka także jest cudowna. A że jest nowa, z ciekawością będę ją obserwować. Na pewno rozgłosu doda jej fakt, że została ona wykorzystana w filmie "Voice From The Stone". Będzie ona stanowić tło do napisów końcowych, więc niewykluczone, że wzmoże ilość łez wśród publiczności - tym bardziej, że fabuła filmu zapowiada niesamowite wzruszenie, ale z drugiej strony - sporą dawkę grozy. 


Sobota, 25 marzec: Rob Scallon Harp Metal



Jak już niejednokrotnie mogliście zauważyć - uwielbiam połączenia nowoczesności z tradycją, czegoś konwencjonalnego z niekonwencjonalnym. A że lubię muzykę klasyczną i ciężkie brzmienie, zawsze coś ciekawego wynajdę. Tym razem wpadłam na powyższy twór i jestem zachwycona! Już od jakiegoś czasu wsłuchiwałam się w kultowe metalowe i rockowe kawałki grane na harfie, ale to jest wyższy poziom metalu na tym anielskim instrumencie. 


Niedziela, 26 marzec: Nightwish Last Ride Of The Night



Mój stosunek do tego zespołu jest dość ambiwalentny. Poprzednie wokalistki mnie nie zachwyciły - ot, jak inne w każdym tego typu zespole. Szczególnie Tarja śpiewała... po prostu przesadnie. Floor mnie jednak zachwyciła i to najlepsze, co mogło się tej fińskiej formacji przytrafić. Jak widać - nie zawsze zmiany w zespole wychodzą na gorsze. Jeśli miałabym powiedzieć, czym mnie Floor zachwyciła, bez zastanowienia powiedziałabym, że modulowaniem głosu. Dlatego polubiłam stare piosenki Nightwish - ale tylko na żywo i tylko z Floor przy mikrofonie. 


Poniedziałek, 27 marzec: Nightwish I Want My Tears Back (wersja na żywo, Wacken 2013)



I właśnie od tej piosenki polubiłam Nightwish. To też jedna z nielicznych piosenek, które mogę słuchać w wersji studyjnej, bez głosu Floor, a jest ich naprawdę garstka. Ale na żywo i z Floor jest jeszcze lepsza. O ile wersja z albumu sprawia, że chce mi się tańczyć, to ta wersja na żywo z  Wacken sprawia, że od razu się ruszam. Poprawiacz humoru i mój rozbudzacz. Tak mnie cieszy słuchanie tego wykonania, że nie mam już uwagi, aby zazdrościć ludziom, którzy tam byli i stali w pierwszym rzędzie. A teraz stwierdzam, że muszę sobie kupić bezprzewodowe słuchawki, aby móc sobie tańczyć bez ograniczeń. 


Wtorek: 28 marzec: The All-American Rejects Kids In The Street



The All-American Rejects jeszcze nie miał okazji pojawić się na blogu i wcale się temu nie dziwię. Tego amerykańskiego zespołu słuchałam głównie w czasach gimnazjum, a w związku z tym najbardziej lubię ich stare piosenki. Co nie znaczy, że nowych nie słucham. Zespołu słucham rzadko, a nowych piosenek jeszcze rzadziej. Tyson Ritter jest jednak tak pocieszny (i przystojny - wciąż zaliczam go do najprzystojniejszych muzyków, z czym zgodzić się mogą ze mną inne osoby, wszak wokalista jest też modelem, a nawet i aktorem). Ta piosenka należy do tych zdecydowanie nowszych i trochę odznacza się od energetycznych, gitarowych kawałków zespołu. Niemniej - czasami przyjemnie jest jej posłuchać. 


Środa, 29 marzec: Anna Patrini Na Wojtusia



Kolejny niekonwencjonalny twór w tym zestawieniu. Na blogu rzadko pojawia się coś polskiego - nie wiem, czy kiedykolwiek takiego już się tutaj ukazało. Niebanalne wykonanie słynnej kołysanki zarezerwowane jest raczej tylko dla dorosłych - obawiam się, że nawet na wyobraźnię dorosłego słuchacza wokalistka może nieźle wpłynąć. I to wyłącznie wokalem, a przecież teledysk do utworu jest też bardzo wyrazisty. Ja jestem zachwycona pod każdym względem. Polecam słuchać nocą, w ciemnościach, przed snem. 


Czwartek, 30 marzec: Kansas Carry On Wayward Son



Nie wiem, czy tę piosenkę trzeba przestawiać. Zajmuje dziewięćdziesiąte szóste miejsce na liście VH1's 100 Greatest Hard Rock Songs (warto byłoby poznać chociaż część utworów z tejże listy, więc zapewne będę częściej je tutaj przemycać, choć sądzę, że znaczna część jest powszechnie znana). Szczególnie znana jest wśród fanów serialu "Supernatural". Ja, jakby inaczej, serialu nie znam (choć kojarzę), a na piosenkę wpadłam zupełnie przypadkiem. Intensywnie słucham ją od jakiegoś czasu i jest to zdecydowanie jeden z tych utworów, które pobudzają mnie do działania. 


Piątek, 31 marzec: Iggy Pop The Passenger



Uwielbiam tę piosenkę! A ostatnio pojawia się ona wyjątkowo często za sprawą reklamy jakiegoś samochodu - reklama musi być kiepska, skoro nie pamiętam, jakiego samochodu to dotyczy. I właśnie do auta jest to idealny utwór - często go słucham rano podczas jazdy, aby się obudzić i zacząć dzień w dobrym humorze. W piątek wzięło mnie na stare piosenki, znacznie starsze od tej, ale na tej właśnie się zatrzymałam. 


Sobota, 1 kwiecień: HIM Our Diabolikal Rapture



Zawsze kiedy słucham tej piosenki, czuję się jak zahipnotyzowana. Popadam w odrętwienie, odrywam się od świata i całą sobą czuję swoje wnętrze oraz muzykę. Genialnie poprowadzony wokal i linia instrumentalna, która ścisza się, kiedy wokal przejmuje główną rolę. To, co ważne wysuwa się przez to na pierwszy plan, a słowa piosenki bardziej trafiają do słuchacza. Zachwycam się emocjami w cudownym barytonie, kiedy instrumenty gasną prawie do minimum - wówczas mam wrażenie, że muzyka staje się niemal namacalna. Kiedy ten moment mija, czuję pustkę i rozczarowanie, że nie udało mi się tej fizycznej muzyki schwytać. To chyba jedna z najbardziej nastrojowych piosenek w ogóle, nie tylko tego zespołu. 


Niedziela, 2 kwiecień: HIM Wicked Game



Jedna z najważniejszych piosenek zespołu. Do dziś nie wiem, czy jest energiczna, czy jednak melancholijna. Owszem, jest to cover, ale jeden z najlepszych, jakie w życiu można usłyszeć. Ta wersja jest tą pierwszą studyjną - później pojawiły się też inne. Grana jest chyba na każdym koncercie, ale na przestrzeli lat HIM stworzył kilka wersji na żywo - ja najbardziej lubię tę, którą grali tą po 2010 roku (fantastycznie uchwycone jest to na Rock am Ring w 2010 roku) i która została rozciągnięta do ponad sześciu minut. Można? Można! Ale wersja, która towarzyszyła mi w niedzielę pochodzi z 1997 roku, a więc z tego samego albumu, co utwór z soboty. 


Poniedziałek, 3 kwiecień: Don Huonot Riidankylväjä (wersja na żywo, Provinssirock 1999)



Nie mam pojęcia, dlaczego wcześniej nie poznałam zespołu Don Huonot. To jeden z najpopularniejszych fińskich rockowych formacji w latach 90. Należą mi się niezłe baty za taką niewiedzę. Grunt, że już trochę informacji nadrobiłam i zespół poznałam - inaczej byłby dopiero wstyd. A trafiłam na niego zupełnie losowo. Gdyby nie fiński język, nie powiedziałabym, że to zespół z Finlandii. Co jak co, ale charyzmatyczny wokalista nie wygląda na Fina.


Wtorek, 4 kwiecień: Don Huonot Tule sellaisena kuin olet (wersja na żywo, Provinssirock 1999)



Tak, tak. To ten sam koncert, nawet to samo wideo. Z tym, że piosenka "Tule sellaisena kuin olet" zaczyna się około 3:43. We wtorek odkryłam właśnie to nagranie - odkryte w poniedziałek było gorszej jakości, chociaż zawierało tylko jeden utwór. To jest lepsze, a zawarte w nim dwa utwory tak do siebie pasują, że przez jakiś czas brałam je za jedną piosenkę. Obie są fenomenalne i obie zdecydowanie gorzej brzmią w wersji studyjnej. Jak ja kocham zespoły, które na żywo brzmią lepiej!


Środa, 5 kwiecień: Nightwish Amaranth (wersja na żywo, Wacken 2013)



Jakże monotematycznie w tym muzycznym przekładańcu - zamykam go trzecią piosenką tego samego zespołu. Ba, z tego samego koncertu. Przyznam, że "Amaranth" to właśnie jeden z tych nielicznych utworów Nightwish, który jestem w stanie przesłuchać w wersji studyjnej i bez głosu Floor, a z głosem Anette. Ale jeśli ma się alternatywę w postaci Floor... Ach, jej sposób śpiewania refrenu!




3/23/2017

3/23/2017

Muzyczny przekładaniec

Muzyczny przekładaniec
Moikka!
Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że gdzieś zgubiłam dzień. Mam wrażenie, że jest dopiero środa i z tym przeświadczeniem chciałam dziś zasiąść do pisania recenzji. Ale z racji tego, że dziś jest już czwartek, o żadnej recenzji nie może być mowy - czas na muzyczny przekładaniec.  
Na recenzję książki "On wrócił" zapraszam może jutro, może w sobotę, ale książkę polecam już teraz. 
W dzisiejszym muzycznym przekładańcu królują mężczyźni, ale mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe. Brak żeńskiego wokalu jak najbardziej trafia w mój gust.
Tym razem nie ma też nic wymyślnego, jeśli chodzi o język - wyjątkowo tylko angielskojęzyczne piosenki, choć zespoły znalazły się również z Finlandii (tego akurat nie mogłam już sobie darować). 


Czwartek: Steriogram Walkie Talkie Man



Uwielbiam książki, w których autor pofatyguje się na tyle, aby wplątać muzykę do swojego pisarskiego tworu - chodzi mi tutaj o autentyczną muzykę, z nazwą zespołu i tytułem piosenki. Chwyciłam "Za garść amuletów" i przypomniałam sobie, jak świetną muzykę serwuje swoim czytelnikom Kim Harrison. Powyższa piosenka jest właśnie zaczerpnięta z tej książki. Wyobraźcie sobie rudą czarownicę - agentkę w czerwonym kabriolecie, mknącym przez drogi. Chyba zawsze przy słuchaniu tego utworu będę miała określenie autorki, że chyba tylko wampir mógłby nadążyć za wokalistą, który wyrzuca z siebie tak szybko tekst. 


Piątek: HIM Dead Lover's Lane (616 version)



Gdy ci smutno, gdy ci źle, posłuchaj HIMa... O tak, to moja życiowa myśl przewodnia. Jak już pisałam tutaj, tak naprawdę moja przygoda z tym zespołem na dobre rozpoczęła się właśnie od tego utworu, a raczej od gitarowej solówki w niej zawartej. Jednak w piątek postawiłam na inną wersję tej piosenki. Trudno mi określić, czy lepszą, czy gorszą. Z czystym sumieniem i zadowolonymi uszami mogę słuchać wszelakich HIMowych wariacji. 


Sobota: The Darkness I Believe In A Thing Called Love



Do The Darkness jakoś nigdy mnie specjalnie nie ciągnęło. Ot, po prostu. Coś mi w tym zespole, a raczej w wokaliście, nie pasowało. Uwielbiałam za to ich świąteczną piosenkę "Christmas Time (Don't Let The Bells End)". Wpadłam jednak na ich piosenkę "I Believe In A Thing Called Love" i pożałowałam, że wcześniej się z nią nie zapoznałam. Teraz czas powoli na odkrywanie kolejnych muzycznych skarbów tego zespołu. 


Niedziela: HIM It's All Tears (616 Version)



Jak już pisałam powyżej - mogłabym słuchać wszelakich wersji HIMowych piosenek. O "It's All Tears" rozwodziłam się już wcześniej w poprzednich muzycznych przekładańcach. Po prostu ją uwielbiam. Za co? Za ciężkie brzmienie, za cudowną górę wokalną, kontrastującą z dołem. Tę wersję kocham za klimatyczną wstawkę od około 2:33. 


Poniedziałek: Depeche Mode Personal Jesus 



W poniedziałek zrobiłam sobie powrót do starych piosenek, które uwielbiam. Ja i Depeche Mode bardzo się lubimy, a nasza przygoda zaczęła się jeszcze przed moimi narodzinami - mama męczyła ten zespół, będąc w ciąży. Nic więc dziwnego, że i teraz chętnie go słucham (a mama się z tego zawsze śmieje). Co do piosenki "Personal Jesus", chyba bardziej podoba mi się, kiedy wykonuje ją Marilyn Manson. 


Wtorek: Ronan Keating Time After Time



Kiedy w sobotę odwiedziłam babcię, w radiu leciała właśnie ta piosenka. Chodziła za mną od kilku dni, więc w końcu we wtorek pozwoliłam sobie jej posłuchać. Jest to melodia, która poniekąd będzie mi się kojarzyć z dzieciństwem i babcinym domem, który zawsze pozostanie dla mnie właśnie tym rodzinnym gniazdkiem. Ze zdumieniem odkryłam, że to jedynie cover. Oryginał Cyndi Lauper nie podoba mi się już ani trochę. 


Środa: Sunrise Avenue Sex & Cigarettes 



Fińskie zainteresowania zobowiązują. Przyznaję, że nie jestem fanką każdego fińskiego zespołu, ale zawsze chętnie się takowemu przyjrzę. Sunrise Avenue nie należy do moich ulubionych formacji, choć zdarza mi się ich posłuchać. Zazwyczaj dzieje się to latem, bo ich muzyka jest lekka i niezobowiązująca, nie wymaga też wielkiego wysiłku intelektualnego, aby interpretować tekst lub czytać o czymś, aby zrozumieć symbol w nim umieszczony. A że w środę nie czułam się najlepiej, dobrze sprawdziła się luźna, bardzo pocieszna (a przynajmniej mnie zawsze bawi) piosenka.




Copyright © Satukirja , Blogger