Dawno, dawno temu kochałam dostawać książki - dosłownie na każdą okazję. Co roku moja rodzina z nienawiścią syczała, kiedy wymyślałam, że pod choinką chcę znaleźć książkę. Ile można?! Ile tych książek?! Gdzie je wszystkie będziesz trzymać?! Pod latach przyznaję im (niechętnie) rację - ile można?!
Prawda jest taka, że wielu książkoholików jest przestymulowanych literaturą - szczególnie, jeśli ktoś współpracuje z wydawnictwami. Wówczas trzymają nas terminy, więc czytanie wciskamy w każdą białą plamę swojego dnia. Puste 30 minut? Trzeba poczytać, żeby zdążyć przed premierą. 10 minut jazdy tramwajem? Lektura jest obowiązkowa!
Kiedy ktoś regularnie dostaje książki z wydawnictwa, absurdem jest znajdowanie ich jeszcze pod choinką. U mnie przeważyło jednak coś innego - praca. I nie - nie jest to praca w branży wydawniczej. Praca oznacza przychody, a przychody oznaczają wydawanie pieniędzy. W moim budżecie rozplanowana jest pula, którą raz na jakiś czas przeznaczam na dużą dostawę książek - wtedy zbieram wszystkie must read tytuły i zamawiam.
Kiedy więc kilka lat temu poszłam do pracy, a zamawianie książek stało się chlebem powszednim, pod choinkę zapragnęłam czegoś innego. Zdałam sobie sprawę, że kolejna lektura nie jest niczym niezwykłym, a ja tak do końca nie pamiętam, od kogo i kiedy dostałam daną książkę, która wcale nie była rewelacyjna. Ba, często tej książki tak do końca nie pamiętam... Ups.
A przecież prezenty mają być czymś wyjątkowym. Czymś, co będzie nam przypominać o danej osobie. Nie potrzebujemy setnej książki na naszym stosie wstydu z pozycjami do przeczytania. My, książkoholicy, potrzebujemy dodatkowej półki, a najlepiej to mieszkania dla książek - ale wiadomo, że takie rzeczy pod choinkę się nie zmieszczą. ;)
Jakiś czas temu uzmysłowiłam sobie, że pamiętam okoliczności otrzymania książki tylko i wyłącznie wtedy, gdy okazała się ona dla mnie ważna. Przykład? "Przynieście mi głowę wiedźmy" Kim Harrison dostałam od swojej cioci w gimnazjum. Kiedy pojechałyśmy do księgarni po prezent świąteczny, powinnam być w kościele na roratach, które musiałam zaliczyć, żebym została dopuszczona do bierzmowania. Mało tego - pamiętam, jakie inne książki wtedy oglądałam. Do dziś jest to moja ukochana seria, która sprawiła, że pokochałam sok pomarańczowy i skórzane spódnice.
Dlatego jeśli planujecie wręczyć komuś książkę, postarajcie się trochę. Nie wchodźcie do księgarni i nie kupujcie pierwszej lepszej powieści świątecznej (która, notabene, okażę się niezłym shitem). Spójcie na zainteresowania bliskich. Może ktoś kolekcjonuje piękne wydania swojej ulubionej powieści - na przykład "Alicji w Krainie Czarów"? Może ktoś szuka swojej ukochanej książki w innym języku? Może ktoś zbiera rzadko spotykane, stare woluminy i marzy o wydaniu "Pana Tadeusza" z czasów jego/jej dziadków? Od razu banalna książka staje się wyjątkowym prezentem.
Dodam, że tytułowe "pod choinkę" oznacza każdy prezent - nie tylko świąteczny, ale też imieninowy, urodzinowy i każdy inny.