Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finlandia. Pokaż wszystkie posty

11/02/2023

11/02/2023

Boel Westin "Tove Jansson. Mama Muminków"

Boel Westin "Tove Jansson. Mama Muminków"


Ale wszystko się ułoży. Jeśli człowiek marzy i działa wystarczająco intensywnie, to się ułoży! 

Tove Jansson jest znana i zarazem nieznana. Jej imię i nazwisko nie jest aż tak powszechnie znane, ale kultowe Muminki są bardzo popularne, a to właśnie ona je stworzyła. Jeszcze kilka lat temu te urocze trolle wspominane były w Polsce z sentymentem starych dobranocek, teraz na nowo wracają do łask i nawet pojawiają się cyklicznie na produktach dostępnych w wielu sieciówkach. O samej autorce wciąż niewiele się mówi, a szczątkowo o jej twórczości wykraczającej poza Dolinę Muminków. 

Książka przybliża sylwetkę Tove - malarki, ilustratorki, graficzki, karykaturzystki, aż w końcu autorki powieści dla dzieci i dorosłych. Autorka z duża wnikliwością przestudiowała życie mamy Muminków, odwiedzając jej pracownię, czytając listy (zarówno prywatną korespondencję z bliskimi, jak i korespondencję z fanami), analizując notatki, brudnopisy, zapiski, szkice czy rysunki. Nakreśliła czytelnikowi postać Tove tak wyraźnie również ze względu na ich wieloletnią znajomość. 

Boel Westin nakreśliła Tove jak żywą i taką, jaka chciała być widziana - nie tylko mamę Muminków, ale też podróżniczkę i malarkę. Po tej lekturze ma się wrażenie, jakby mama Muminków była bliską krewną, której nie widziało się od jakiegoś czasu. Miałam wrażenie, jakbym sama odwiedziła jej atelier i studiowała brudnopisy z różnych okresów jej twórczości, złożyła niezapowiedzianą wizytę na jej kamiennej wyspie, podziwiała jej obrazy podczas kolejnego wernisażu, uczestniczyła w przygotowaniach do sztuki teatralnej o Muminkach, tańczyła z nią podczas kolejnego tajnego przyjęcia w czasach wojny. To wrażenie potęguje także fakt, że Tove w podejściu do życia wyprzedzała swoje czasy - nie chciała zakładać rodziny i zostać żoną, której rola mogłaby zdominować rolę malarki. Wolała wolność i przestrzeń, dzięki której mogła tworzyć.

Czytelnik poznaje Tove od strony prywatnej i zawodowej. Część zawodowa to nie tylko opis jej twórczości, ale także bezpośrednie wyeksponowanie jej obrazów, zdjęć, karykatur, portretów, fragmentów tekstów. Boel tak wnikliwie weszła z twórczość Tove, że książka będzie ogromnym spojlerem dla osób, które dotychczas nie miały okazji przeczytać chociażby książek o Muminkach. Z kolei dla osób zaznajomionych z jej powieściami obszerne fragmenty z ich analizą będą po prostu nudne. 

Książka jest przepięknie wydana - ma twardą okładkę, porządne szycia oraz mnóstwo obrazków. Minusem są za to niedociągnięcia w tekście - takie jak literówki czy nieskładne zdania. Nie pomaga także spora chaotyczność tekstu, pomimo podzielenia go na rozdziały i podrozdziały. Ramy czasowe praktycznie nie istnieją. Rozdziały bardziej dotyczą dekad, w których wydarzenia z różnych lat bardzo się przeplatają. Raz czytelnik poznaje pewne zdarzenie, dwa zdania później cofa się 5 lat wstecz, a zaraz wybiega kilka lat do przodu względem wyjściowego wydarzenia. Rodzi to pewną frustrację w uporządkowaniu sobie całej historii - tym bardziej, że niektóre istotne kwestie zostały całkowicie pominięte. 

Mimo wspomnianych niedociągnięć nie ma na rynku lepszej książki o życiu Tove Jansson. O ile niektóre jej nowele czy powieści można podciągnąć pod autobiografię, to jednak autobiograficzne w nich mogą w nich być jedynie pewne fragmenty, a czytelnik nie ma pewności, które z nich są odzwierciedleniem prawdziwych wydarzeń z życia Tove i rodziny Janssonów. 

Wydawnictwo: Marginesy
Data wydania: 21.10.2020
Liczba stron: 512
Ocena: 7/10

12/06/2020

12/06/2020

Pięć polecanych przeze mnie książek o Finlandii + bonus

Pięć polecanych przeze mnie książek o Finlandii + bonus


Dzisiaj obchodzimy Mikołajki, ale mnie 6 grudnia kojarzy się z czymś zupełnie innym - z Dniem Niepodległości Finlandii. Z tej okazji (lub raczej z tych okazji) mam dla Was specjalny wpis, o którym myślałam już dawno temu. Do teraz nie miałam pojęcia, dlaczego wcześniej nie napisałam o polecanych książkach o Finlandii. Patrząc jednak na świeże daty wydania większości książek z tego zestawienia, odpowiedź nasuwa się sama. Nie przedłużając - przejdźmy do listy fińskich polecajek. Kolejność jest całkowicie przypadkowa. 



"100 fińskich innowacji społecznych" Ilkka Taipale

To książka, którą namiętnie polecam nie tylko osobom zainteresowanym Finlandią. "100 fińskich innowacji społecznych" pokazuje, że państwo to ciało, w którym żaden z organów nie może żyć samodzielnie. Nigdy bym nie przypuszczała, że tę pozycję będę tak często cytować podczas swoich studenckich pracach z zakresu psychologii. To chyba sporo mówi. Lektura obowiązkowa! 

Poniżej opis, a tutaj znajdziecie moją opinię.

Książka jest zbiorem stu artykułów poświęconych fińskim innowacjom społecznym, napisanych przez grono wybitnych osób, które rozwinęły lub opracowały poszczególne rozwiązania. Różniący się co do wieku, zapatrywań i społecznego pochodzenia, autorzy tekstów uosabiają zarówno poważne, jak i żartobliwe oblicze innowacji. W książce zostały zestawione ze sobą tak rozmaite zagadnienia, jak jednoizbowy parlament i suszarka do naczyń, system dziennej opieki nad dziećmi i publiczne przystanie do prania, praca w wolontariacie i zasada trójstronności, chleb pettu i rządy koalicyjne, wreszcie – system Linux i Święty Mikołaj. Publikacja została przetłumaczona na 16 języków.



"Kalsarikänni. Sztuka relaksu po fińsku" Miska Rantanen

Ta książka nie jest zbyt popularna, a jej wydanie było naprawdę ciche. Mając na uwadze poradniki o hygge i lagom, spodziewałam się, że "Kalsarikänni" stanie się równie popularne. Żeby oddać sens tej książki, trzeba zerknąć na tytuł wersji angielskojęzycznej. Fińska sztuka picia w domu. Samemu. W bieliźnie. Niech Was nie zmyli elegancko brzmiący tytuł po polsku, ponieważ już od pierwszych stron jesteśmy bombardowani piciem w gaciach. Książkę polecam. Nie jest to lektura wysokich lotów, ale autor wrzucił sporo ciekawych i ważnych informacji ogólnie o Finlandii. No i to wydanie... Czytałam po polsku i po angielsku, polecam drugą opcję - jest zabawniejsza. 

Poniżej opis, a tutaj znajdziecie moją opinię.

Każdy dzień w pracy przynosi kolejne fale stresu i frustracji. Świat szaleje: efekt cieplarniany, terroryści i pospolite bandziory, dopalacze, ekscesy polityków wybranych w demokratycznych wyborach, tanie sensacje z życia celebrytów - coraz trudniej to wszystko znieść. Szczęśliwie ludzie Północy znaleźli antidotum na wszelkie nieszczęścia. W Szwecji i Norwegii filozofia ta konkretyzuje się pod hasłem lagom, co oznacza umiar. Ma być demokratycznie, bezpiecznie, ekologicznie. Z kolei Dania postawiła na hygge: zanurzanie się w nastroju, unikanie pośpiechu i cieszenie chwilą w stylowym otoczeniu. Co jednak ma zrobić ktoś, kto potrzebuje antidotum na stres, ale nie odpowiada mu nudne i mdłe lagom ani nienaturalne i nieżyciowe hygge? W tej książce znajdziesz odpowiedź na to ważne pytanie. Otóż twardzi fińscy faceci już dawno rozwiązali ten stary jak świat dylemat. Mowa o kalsarikanni, czyli piciu w gaciach. Tę filozofię można łatwo zaadaptować - w każdych warunkach, bez względu na sytuację, nastrój i otoczenie. Kalsarikanni nie wymaga kosztownych przygotowań. Prędko przynosi rezultaty i jest odpowiednie dla wszystkich pełnoletnich. Daje ukojenie i pozwala szybko zregenerować siły. Nie jest pozerstwem, grą czy udawaniem. Dzięki tej książce dowiesz się, jak wykorzystać kalsarikanni, by zaspokoić własne potrzeby, zgłębisz barwną historię picia w gaciach, zrozumiesz etymologię nazwy tej zacnej sztuki i zapoznasz się z bogatymi doświadczeniami Finów w jej różnorakim interpretowaniu.




"Co Finowie mają w głowie. O jednym takim, co poślubił Finkę" Wolfram Eilenberger

Kiedy zaczęłam interesować się Finlandią, na rynku nie było dostępnych zbyt wielu książek o tym kraju. Zdecydowana większość pozycji była przestarzała, część wydana jeszcze w czasach PRL. Wtedy jako najciekawsze lektury o Finlandii podałabym przodownik Pascala i "Co Finowie mają w głowie". Minęły wieki, a ja wciąż uważam ją za bardzo interesującą pozycję, pomimo wielu negatywnych recenzji na jej temat. Polecałam, polecam i będę polecać!

Poniżej opis. 

Żyją na dalekiej północy, regularnie korzystają z sauny, mają miliony telefonów komórkowych, a wokół nich latają miliardy komarów. Ich język nie zna zjawiska rodzaju gramatycznego, ani przyimków, za to rzeczownik odmienia się przez piętnaście przypadków. Nigdy nie mówią „kocham cię”, choć wydają na świat najinteligentniejsze dzieci. Są małomówni i długo każą czekać na odpowiedzi. Uwielbiają kąpiele w lodowatych jeziorach, smutne fińskie tango i rozmowy w saunie. Za to wszystko pokochał ich Wolfram Eilenberger – a szczególnie jedną z nich. Studencka miłość zatrzymała go w Finlandii na dobre. Dziś o rodakach żony mówi, że są przesympatyczni, choć trochę dziwni…



"Odnaleźć sisu. Fiński sposób na szczęście przez hartowanie ciała i ducha" Katja Pantzar

Odnaleźć sisu potraktowałam jak książkę o Finlandii, nie jak poradnik. W takiej kategorii też ją oceniłam - uplasowała się wysoko, choć po czasie pamiętam, że zdenerwowała mnie sugestia dotycząca Finlandii i Skandynawii. Książkę polecam głównie dlatego, że autorka nie jest Finką, co pozwoliło jej wychwycić pewne różnice międzykulturowe. 

Poniżej opis, a tutaj znajdziecie moją opinię.

Poznajcie sisu – fińską sztukę wytrwałości! Zapomnijcie o hygge – pora zdmuchnąć świeczki i wyjść ze strefy komfortu! Kanadyjska dziennikarka Katja Pantzar tak właśnie zrobiła, przenosząc się do odległego, nordyckiego kraju: Finlandii. Styl życia, który tam poznała odmienił jej ciało i umysł. Ten ciekawy i praktyczny przewodnik pokazuje proste i racjonalne sposoby pozwalające obudzić drzemiącą w nas siłę, odporność i determinację w dążeniu do celu. To dzięki nim Finowie co roku zajmują czołowe miejsca w rankingach najszczęśliwszych ludzi na świecie.



"Finlandia. Sisu, sauna i salmiakki" Aleksandra Michta-Juntunen

Kiedy ktoś mnie pyta o godną polecenia książkę o Finlandii, bez zawahania wskazuję na tę pozycję. Dla mnie to najlepsza lektura dostępna obecnie na rynku, lepszej nie znajdziecie. Nie jest suchym przewodnikiem, ale nie jest też wyłącznie osobistą historią o migracji. Polecam z całego serca - to nie tylko tym, którzy swoją przygodę z Finlandią dopiero zaczynają!

Poniżej opis, a tutaj znajdziecie moją opinię.

Poznajcie kraj, w którym policja poszukuje zaginionego Słońca, mieszkańcy świętują Dzień Porażki oraz Dzień Śpiocha i w którym nie ma złej pogody, jest tylko nieodpowiednie ubranie. Tu cisza jest formą komunikowania się, w pracy można chodzić bez butów, a smak lukrecjowych cukierków salmiakki zna (i uwielbia!) każdy. Dlaczego w języku Suomi nie ma czasu przyszłego za to w kraju Suomi jest tyle domków letniskowych? Czy wszyscy ludzie wynajmujący tu mieszkanie oraz ci, którzy nadmiernie gestykulują, są podejrzani? I czy to prawda, że Finowie nie piją w styczniu alkoholu, a umowy biznesowe zawierane przez nich w saunie są najtrwalsze na świecie? Finlandia to nie tylko sielska, szczęśliwa kraina przykryta ślicznym białym puchem. Zachwycamy się pięknem tutejszej przyrody, a Finów cenimy za spokój, racjonalizm i pragmatyzm, które ułatwiają codzienne życie. Wbrew stereotypom Finowie obdarzeni się niebanalnym poczuciem humoru i lubią śmiać się z siebie. Ich sisu nie jest jedynie ładnie opakowanym „sposobem na szczęście” w postaci leniwego popołudnia z kubkiem kakao. Sisu to nic „w sam raz” – to świadomość, że jeżeli nie będziesz uparcie dążyć do celu, to nic z tego nie wyjdzie.



BONUS! "Sisu: The Finnish Art of Courage" Joanna Nylund

A na koniec mały bonus! "Sisu: The Finnish Art of Courage" udało mi się kupić dawno temu podczas swojego pierwszego wyjazdu do Irlandii. Wciąż nie udało mi się jej dokończyć, ale nadal jestem pod ogromnym wrażeniem wydania. Jest prześliczne! 

Opis poniżej. 

After you've cultivated the coziness of the Danes (hygge) and achieved the Swedish way of moderation (lagom), then what's next? How about developing your Sisu -- an "untranslatable" Finnish term referring to a mixture of courage, resilience, grit, tenacity, and perseverance. It's a trait that has shaped not just the fate of a nation but continues to be a guiding principle for how Finns live their daily lives. Now it can offer lessons to us all, helping us to:discover our inner strength, resolve conflicts at work and home, raise kind and resilient children, achieve our fitness goals, fight for what we believe in. And much more!


Czytaliście którąś z tych książek? A może polecacie inne książki o Finlandii? Dajcie znać w komentarzach! 

7/22/2020

7/22/2020

Marta i Adam Biernat "Laponia. Wszystkie imiona śniegu"

Marta i Adam Biernat "Laponia. Wszystkie imiona śniegu"


Kiedyś sądziłam, że nie da się napisać nudnej książki na ciekawy temat. Czytelnicze przygody pokazały mi jednak prawdę, jednak przez lata wciąż uparcie tkwiłam w przekonaniu, że naprawdę nie ma kiepskich pozycji o ukochanej przeze mnie tematyce rejonów północnych. Ot, temat jest tak ciekawy i inspirujący, że nawet notatka z błędami ortograficznymi na odwrocie paragonu mogłaby być dobra. 

Z błędnego przekonania wyciągnęła mnie interesująco zapowiadająca się "Laponia. Wszystkie imiona śniegu" z przepięknymi reniferami na okładce. Przed lekturą ciekawość podsycili także sami autorzy - Marta i Adam Biernat, którzy prowadzą odwiedzonego przeze mnie kilkukrotnie bloga Bite of Iceland. To nie mogło się nie udać. 

Czytając tę książkę, miałam nieodparte wrażenie, że trzymam w ręku coś, co miało być postem na blogu - tekst okazał się jednak za długi, więc podjęto decyzję o książkowym formacie. Problem polegał na tym, że tekstu było za mało, więc wrzucono do niego mnóstwo danych z encyklopedii. Nie zrozumcie mnie źle, informacje encyklopedyczne są jak najbardziej w porządku, lecz trzeba je dodać w odpowiednim miejscu i w odpowiedni sposób - a nużenie czytelnika nie jest dobrym pomysłem. 

Ze znudzenia wyrywała mnie jednak irytacja, kiedy kolejna informacja pojawiała się bez żadnego kontekstu, a ja zastanawiałam się, czy przypadkiem nie przespałam kilka stron. Przecież jak to możliwe, że z tematu A przeszliśmy do tematu B w jednej sekundzie? Zasługą takiego obrotu spraw okazały się nie tylko powrzucane tu i ówdzie podstawowe dane, ale też liczne dygresje i dygresje do dygresji, a nawet dygresje do dygresji z dygresją. 

W mojej głowie kłębiło się wciąż pytanie "serio?". Nie mogłam pojąć, jak po dygresji odbiegającej mocno od tematu, wrzucone zostało kolejne nawiązanie, a po kilku stronach następował powrót do właściwego tematu, kiedy ja już dawno zapomniałam, o czym właściwie była mowa. Sprawy nie ułatwiał podział na rozdziały, który nie nadawał kierunkowości myśli. Same tytuły poszczególnych fragmentów nie mówiły w zasadzie nic konkretnego, a podział często okazywał się zbędny - treść rozdziałów pozostawała bardzo podobna, a jedna tematyka ciągnęła się przez kilkadziesiąt stron (z dygresjami, rzecz jasna). 

Mam wrażenie, że przeczytałam książkę napisaną na siłę. Maksimum tekstu, minimum ciekawych treści i przeładowanie zbędnymi informacjami z encyklopedii. "Laponia. Wszystkie imiona śniegu" nie zabrała mnie w magiczną podróż na północ. Zachwyciła mnie jedynie działającym na wyobraźnie opisem oraz przepięknymi zdjęciami. 


Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie
Data wydania: 31.10.2018
Liczba stron: 382
Przeczytane: 08.07.2020
Ocena: 3/10

1/05/2020

1/05/2020

Aleksandra Michta-Juntunen "Finlandia. Sisu, sauna i salmiakki"

Aleksandra Michta-Juntunen "Finlandia. Sisu, sauna i salmiakki"
Kiedy kilka (kilkanaście!) lat temu zaczęłam interesować się Finlandią, wybór książek na jej temat był - delikatnie mówiąc - dość ubogi. O ciekawej książce, napisanej przez polskiego autora, można było zapomnieć. Trzeba zadowolić się tym, co było. Po tylu latach w końcu mogę powiedzieć, że na polskim rynku wydawniczym pojawia się coraz więcej książek o Finlandii i z zakresu literatury fińskiej, co mnie ogromnie cieszy. Kiedy zobaczyłam, że Aleksandra Michta-Juntunen z bloga Fińskie Smaki wydaje książkę "Finlandia. Sisu, sauna i salmiakki" wiedziałam już, że dostanę to, o czym od dawna marzyłam.

To nie jest kolejne czytadło o podróżach, nie jest to też ubarwiony przewodnik, który zachęca do komercyjnego odkrywania "mniej turystycznych" miejsc. Czym więc jest ta pozycja? Dla mnie to spotkanie przy kawie. Tak, dobrze czytacie. Ta książka to fińska kawa, wypita z autorką, która przy upieczonym przez siebie cieście opowiada o życiu w Finlandii. Tak właśnie się czułam, kiedy chłonęłam tekst - przenosiłam się ze swojego domu do miejsca, w którym nigdy nie byłam. 

Co daje nam taka perspektywa? Dostajemy kawałek prawdziwego życia. Próżno tutaj szukać nudnych informacji z pierwszej lepszej strony internetowej, a autorka pokazuje nam miejsca, do których warto pojechać, aby poczuć Finlandię. Nie są to lokalizacje, które ciągle przewijają się w przewodnikach. Aleksandra Michta-Juntunen pokazuje nam Finlandię dla Finów, a nie Finlandię bez Finów, dla turystów. Nie znaczy to, że turystyczne fakty są tutaj całkowicie pominięte - zostały praktycznie rozwinięte, co zaprocentowało naprawdę realnymi i przydatnymi informacjami. 

Ale przy kawie najważniejsze są inne sprawy - prawdziwe życie. Znajdujemy więc tutaj wskazówki do życia w Finlandii, a także mniej lub bardziej zabawne opowieści z życia codziennego. Ot, takie międzynarodowe ploteczki. Wszystko przedstawione z praktycznego punktu widzenia, a nie poprzez podanie suchych faktów. Punkt widzenia autorki jest tym bardziej ciekawy, że opowiada o Finlandii z perspektywy Polki, więc obrazuje różnice kulturowe między dwoma krajami. 

Podobno w książce nie ma anegdot. Dla mnie to bzdura, bo jest ich całkiem sporo. Książka nie może składać się z samych anegdot, ponieważ osoba niewtajemniczona w tematykę fińską, nic by z nich nie zrozumiała. Według mnie Aleksandra Michta-Juntunen zachowała idealny balans między ciekawostkami a faktami. Ciekawostki podała takie, jakich się nie spodziewałam - po wielu latach dowiedziałam się czegoś nowego o Finach i ich kraju. Całość dopieszczona jest zdjęciami, które obrazują prawdziwe piękno kraju tysiąca jezior (lub raczej bagien). Fotografie ucieszyły mnie tym bardziej, że zostały wykonane przez samą autorkę - takie przemawiają do mnie bardziej niż profesjonalne, komercyjne zdjęcia. Wisienką na torcie są, oczywiście, przepisy kulinarne, które znajdziemy na końcu książki. 

Jest jednak mała rysa na szkle, czyli korekta. Dawno nie czytałam książki, którą tak zlekceważono pod tym względem. Niestety, nie są to tylko literówki, ponieważ musiałam w pewnym momencie zatrzymać się nad tekstem i przeanalizować dokładnie, co czytam, bo nijak tego nie rozumiałam. Minus idzie więc na konto Wydawnictwa Poznańskiego.

Gorąco polecam tę książkę. Osoby, które dopiero zaczynają interesować się krajami nordyckimi, będą oczarowane, a dodatkowo dostaną sporą dawkę wiedzy - prawdziwej wiedzy, a nie bzdur i błędnych informacji, powielanych przez kolejne strony internetowe. Lekturę rekomenduję także koneserom Finlandii - bardzo prawdopodobne, że znajdziecie tutaj coś nowego. 

Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie
Data wydania: 16.10.2019
Liczba stron: 313
Przeczytane: 25.10.2019
Ocena: 9/10

9/30/2019

9/30/2019

"Ptaki czarownicy. Baśnie fińskie"

"Ptaki czarownicy. Baśnie fińskie"
Nie ma nic bardziej magicznego od szczypty słów zamkniętych w przepięknych opowieściach. A gdzie szukać największego skupiska czytelniczej magii? Oczywiście, że w baśniach. 

Już od dawna marzyłam o upolowaniu "Ptaków czarownicy", czyli fińskich baśni. Znalezienie czegokolwiek z literatury fińskiej graniczy z cudem. Nie mówiąc już nawet o tych starych książkach - wspomniany zbiór fińskich baśni został wydany przez Wydawnictwo Poznańskie w 1988 roku. Magia wydawała się być potrzebna do poszukania tej książki, jednak niespodziewanie sprawnie udało się ją znaleźć i bardzo szybko była już u mnie. 

"Ptaki czarownicy" to, oczywiście, zbiór fińskich baśni - tych mniej i tych bardziej znanych. Większość z nich jest mniej znana nawet w Finlandii, co całemu zbiorowi dodaje uroku. Uwielbiam ogromne zbiory regionalnych gawęd, ponieważ wtedy czytam coś nowego. Baśnie fińskie były dla mnie czymś prawie nieznanym - tylko kilka z nich znałam już wcześniej. 

Jakie są fińskie baśnie? Inne. Bardziej surowe, czym przywodzą na myśl dalekie i bezludne części północnej Finlandii oraz klimat tamtych rejonów. Są też bardziej abstrakcyjne i do zrozumienia ich często trzeba pozbyć się zdroworozsądkowej logiki. Zarazem są także bardziej konkretne - język jest prosty i dosadny, więc dialogi przypominają stereotypową rozmowę Finów. 

"Ptaki czarownicy" polecam osobom, które zakochane są w magicznych opowieściach. Ci, który kochają północne kręgi, koniecznie muszą przeczytać tę książkę. Jestem pewna, że dadzą się zaczarować fińskim słowom.

Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie
Data wydania: 1988 rok
Liczba stron: 303
Przeczytane: 15.06.2019
Ocena: 8/10

8/07/2019

8/07/2019

Miska Rantanen "Kalsarikänni. Sztuka relaksu po fińsku"

Miska Rantanen "Kalsarikänni. Sztuka relaksu po fińsku"
Kalsarikänni jest sztuką obecności i perfekcyjnego wypoczynku. Pozwala ukręcić łeb frustracji i napięciu, które narastają przy pracy zawodowej. Metoda opiera się na finezyjnym połączeniu produktu procesu fermentacji - alkoholu - wybiórczej otwartości na towarzystwo i wolnego od wszelkich norm ubioru. 

Kiedy zaczynam temat Finlandii w nowym towarzystwie, moi współrozmówcy sądzą, że mam na myśli wódkę i czują się zawiedzeni. Jednak ich rozczarowanie szybko pryska, kiedy okazuję się, że Finlandia jako kraj także jest fascynująca. Teraz mam kolejną kartę przetargową, jaką jest kalsarikänni, czyli fiński sposób na relaks. 

Znacie to uczucie, kiedy od rana dzień zapowiada się koszmarnie? Wszelakie części garderoby w praniu, poplamiona kawą koszula, brak czasu na śniadanie, spóźnienie do pracy... No i praca. Tutaj zaczyna się piekło. Domyślam się, że temat jest Wam doskonale znany. Potem nadchodzi ten cudowny moment, kiedy w końcu można pobyć w pojedynkę, ściągnąć niewygodne ciuchy i... napić się zimnego piwka/winka/wódeczki/whisky. Od koloru, do wyboru. Na tym właśnie polega fińska sztuka relaksu.

Kalsarikänni to nic innego jak "picie w gaciach". Za nic nie podoba mi się przytoczone z książki tłumaczenie - zdecydowanie lepiej brzmi päntsdrunk. Domowe bieliźniane picie. Picie w podomce. Jak zwał, tak zwał - istota tego rytuału pozostaje bez zmian.

O co w tym wszystkim chodzi? Chodzi o to, aby się odprężyć, w czym alkohol zdecydowanie pomaga. Nie trzeba się stroić na wyjście na imprezę, ani też zabawiać rozmową znajomych. Ot, pozbycie się tego, co niewygodne i odcięcie się myślami od wszystkiego, co nieprzyjemne. U mnie sprawdza się kieliszek wina, borówki, muzyka i książka w łóżku - względnie film. U innych zestaw to piwo, serial i pizza. Dla każdego coś dobrego.

Czy można nazwać to sztuką? Oczywiście. W kalsarikänni nie chodzi o to, żeby się upić, a następnego dnia z zażenowaniem na twarzy patrzeć na swoich znajomych, którym napisało się o kilka słów za dużo. Kalsarikänni to nie jest nałogowe picie, tylko balans między formalną i prywatną częścią życia. Jeśli mamy ochotę codziennie na taką dawkę relaksu, coś z naszym życiem jest nie tak i powinniśmy mu się przyjrzeć - na trzeźwo, bez dwóch zdań.

Książka "Kalsarikänni. Sztuka relaksu po fińsku" podaje na tacy gotowy plan na wieczorny chill oraz zawiera praktyczne wskazówki, które pozwolą osiągnąć nam szybko osiągnąć stan błogości. Ale to nie wszystko. Autor przemycił kilka ciekawych informacji o Finlandii, dzięki czemu książka ma wartość dodaną. Wszystko to urozmaicone jest charakterystycznymi grafikami, które zachwycą minimalistycznych estetów oraz fanów ładnych wydań.

Jedyny minus, jaki mogłabym znaleźć to tłumaczenie. Książkę czytałam także w języku angielskim i wywarła na mnie większe wrażenie. Jak dla mnie miała większy sens, była lżejsza i zdecydowanie zabawniejsza. Kwestia wyczucia humoru.

"Kalsarikänni. Sztuka relaksu po fińsku" to pozycja, która pretenduje do miana mojej książki roku. Polecam osobom, które interesują się krajami nordyckimi, jednak nie tylko. Każdy może w tej lekturze odnaleźć coś dla siebie.

Wydawnictwo: Sensus
Data wydania: 17.07.2019
Liczba stron: 184
Przeczytane: 25.07.2018
Ocena: 9/10

5/01/2019

5/01/2019

Juha Kurvinen „Urodziny dyktatora”

Juha Kurvinen „Urodziny dyktatora”
Patrząc na okładkę książki „Urodziny dyktatora” trudno określić, dlaczego sięgnęłam po tę książę. Owszem, podróże, inna kultura i te sprawy… Ale czy Korea pociąga mnie aż tak bardzo? Jednak wystarczy podnieść odrobinę wzrok i przeczytać nazwisko autora. Tak, autor tej książki to Fin. 

Juha Kurvinen to Fin, który do Korei został… zaproszony. Jako artysta - akrobata otrzymał specjalne zaproszenie do tego kraju i postanowił z niego skorzystać – przy okazji zabierając ze sobą odpowiednią obstawę, celem zabawienia się w dziennikarza. 

Przyznam szczerze, że od fińskiego nazwiska bardziej zainteresowało mnie tak mocne zderzenie kultur. Finlandią i Korea Północna to dwa zupełnie inne światy, co też przedstawia ta pozycja. Najbardziej zaskoczył mnie uchwycony absurd wolności na osi wschód – zachód. Autor przez większość swojej opowieści jest pod wpływem alkoholu (jest na…pity, delikatnie mówiąc), ale ma to jeden plus – pokazuje odbiór dyktatury przez normalnego, zwykłego, młodego człowieka z naszego kręgu kulturowego (mniej więcej, rzecz można). Chociaż nie powiem, napoje wysokoprocentowe istotnie wpłynęły na jego zaangażowanie… 

Juha Korvinen opisuje w ciekawy sposób wydarzenie, w którym brał udział. Narodziny dyktatora to nie jest taka łatwa sprawa. Dzięki temu dowiadujemy się nie tylko, jak ważną postacią jest dyktator, ale też w jaki sposób Koreańczycy traktują ludzi z zewnątrz – gości. Przede wszystkim zaserwowany został świetny opis ludzi, którzy żyją pod wpływem dyktatury. 

Książka jest krótka i treściwa, a autor ma niezwykle lekkie pióro. Całość urozmaicona jest zdjęciami, choć nie są one kolorowe. Dorzucam szczególne „niestety”, ponieważ wyobrażam sobie całą paletę barw, które musiały towarzyszyć temu ważnemu wydarzeniu. Dla ciekawskich mam mały smaczek – nie brakuje tutaj wątku polskiego. 

Nie jest to typowa książka o Korei Północnej, jednak świetnie nadaje się jako zalążek zainteresowania tym miejscem. Polecam osobom, które nie lubią nudnych książek z pogranicza reportażu, jednak mają ochotę dowiedzieć się czegoś o Korei. 

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie.
Data wydania: 14.09.2016
Liczba stron: 184
Przeczytane: 01.07.2018
Ocena: 7/10


4/12/2019

4/12/2019

Katja Pantzar „Odnaleźć sisu. Fiński sposób na szczęście przez hartowanie ciała i ducha”

Katja Pantzar „Odnaleźć sisu. Fiński sposób na szczęście przez hartowanie ciała i ducha”
Po przyjeździe do tego kraju spytałam koleżankę z pracy, dlaczego Finowie mało się uśmiechają. Zastanowiła się chwilę, po czym odpowiedziała: - Uśmiechają się od środka. 

Często możemy przeczytać, że Finowie są zimni, małomówni i oschli. Takie są stereotypy, takie informacje napotykamy u pierwszego lepszego źródła. Żeby dostrzec do tego, co najważniejsze, musimy się trochę namęczyć, ale w końcu dokopujemy się do kluczowej informacji. Sisu, czyli fińska cecha narodowa. 

„Odnaleźć sisu. Fiński sposób na szczęście przez hartowanie ciała i ducha” możemy zakwalifikować dwojako. Jeśli spojrzymy tylko na pierwszy człon tytułu, mamy luźną książkę o Finach. Natomiast jeśli zerkniemy na nią przez pryzmat drugiej części tytuły, dostajemy mądrze napisany poradnik. Nie podchodziłabym jednak do tej książki w ten drugi sposób – rozstrzał kulturowy jest spory i nie wszystko zrozumiemy tak, jak powinniśmy, a powinniśmy zrozumieć to głęboko. Innymi słowy, żeby fińskie sposoby na szczęście zadziałały, musimy mieć już jakąś wiedzę o Finlandii. 

Ja jednak patrzę na tę książkę jako kolejną na mojej półce pozycję o kraju tysiąca jezior. Pod pewnym względem jest wyjątkowa. Zazwyczaj autorami takich tytułów są Finowie lub eksperci w tej dziedzinie. Katja Pantzar nie jest ani jednym, ani drugim. Całe swoje życie spędziła w Kanadzie, choć Finlandia nie jest jej całkowicie obca – ma fińskie korzenie. To połączenie daje ciekawe spostrzeżenia – z jednej strony są to obserwacje zupełnie obcej, odmiennej kulturowo osoby, a z drugiej strony Finlandia jest traktowana w sposób osobisty. 

Największym plusem jest dla mnie sięganie do źródeł naukowych. Autorka powołuje się często na najnowsze badania naukowe lub rozmawia z naukowcami, szukając u nich odpowiedzi na swoje pytania. Nie mówi jednak tylko o suchych faktach – działanie fińskich sposób na szczęście sprawdziła na własnej skórze i potwierdza ich działanie. Dzięki temu książka nie należy do beznadziejnej grupy poradników na życie, ani też nie jest nudnym naukowym bełkotem. 

Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie dopatrzyła się rysy na szkle. Skandynawia. Jak zwykle. Wrzucone zostały cytaty, które nie mówią wprost o tym, jakoby Finlandia należała do tej grupy krajów, niemniej może to co nieco sugerować. Serio, Wydawnictwo Jagiellońskie? Takie rzeczy można byłoby jeszcze wybaczyć (ja mogłabym co najwyżej przymknąć oko) byle jakiemu wydawnictwu, ale na pewno nie takiemu, które działa przy bardzo szanowanym uniwersytecie. 

Minus jest jednak niewielki i mogę śmiało polecać „Odnaleźć sisu”. To pozycja przede wszystkim dla rozsądnego czytelnika – nie dla takiego, który przeczyta o ciekawym sposobie na życie i impulsywnie próbuje wdrażać go w swój codzienny plan dnia. Nie trzeba dodawać, że z marnym skutkiem. Refleksja, refleksja i jeszcze raz refleksja. Takie przesłanie wyłania się z tej książki tym należy się kierować przy ocenie zmiany własnego stylu życia. 

I tu pojawia się sisu: nie poddajemy się, wprowadzamy plan w życie. Kiedy zaczynają się ciężkie czasu - i to jest piękno Finlandii - kiedy zaczynają się kłopoty, wiele innych krajów dokręca śrubę, podwaja kontrolę. A Finowie odpuszczają. Rozumieją, że sisu nie polega na tym, żeby cisnąć, sisu polega na tym, by pozwolić ludziom ustalić, co dalej. 


Wydawnictwo: Bona Vita - Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania: 25.10.2018
Liczba stron: 207
Przeczytane: 16.03.2019
Ocena: 9/10


10/22/2018

10/22/2018

Tove Jansson "Wiadomość"

Tove Jansson "Wiadomość"
Dziś jest prawdziwa, zwyczajna szarość, anonimowy dzień bez czasu, dzień, który się nie liczy. 

To, że kocham Tove Jansson jest po prostu oczywistym faktem. Mama Muminków skradła moje serce, ale tak naprawdę moje uczucie przypieczętowała "Córka rzeźbiarza". Książka ta była dla mnie magiczna i wyjątkowa - mogę śmiało powiedzieć, że stanowi dla mnie niedościgniony wzór, którego nie mogę znaleźć w literaturze. Nic więc dziwnego, że wszystkie książki Tove porównuję do tej jednej, ukochanej. Jak było z "Wiadomością"? Dla mnie klasyfikuje się pomiędzy "Córką rzeźbiarza", a "Słonecznym miastem", które było ogromnym rozczarowaniem.

Najpierw nic się nie dzieje, a potem trzeba wybierać, to trudne. 

Tove nie zaskakuje stylem nikogo, kto zna już jej twórczość. To ten sam prosty styl, uroczy w swojej skromności. Autorka barwnie maluje minimalizmem. Nie mam pojęcia, jak ona to robi - z jednej strony trafia w sedno, oszczędzając słowa, a z drugiej strony czuję jej myśli wszystkimi zmysłami. Jak można zawrzeć tyle emocji w prostocie? Po prostu czuć sytuację każdego z opowiadań, które wchodzi w skład "Wiadomości".

Trzeba brać rzeczy takimi, jakie są. 

Pozycja ta stanowi świetny pomost między Muminkami, a literaturą dla dorosłych w wydaniu Tove. Jeśli ktoś kończy czytać książeczki o tych uroczych trollach, spokojnie może wybrać jako kolejną lekturę autorki właśnie "Wiadomość". Fani Muminków będą mieli niezłą zabawę w rozpoznawaniu w bohaterach opowiadań Muminków - ot, znane trolle w ludzkiej wersji. Tylko kto jest kim? Ten zabieg świetnie pokazał, jak niewiele różni się literatura dziecięca od literatury dla dorosłych.

Ale wiesz, jak to jest ze sławnymi mężczyznami, zapominają, kto w nich wierzył, gdy jeszcze byli nikim. 

"Wiadomość" rewelacyjnie obrazuje proces twórczego inspirowania się. Zawiera mnóstwo wątków autobiograficznych, dlatego nie nadaje się na początek przygody z autorką - zdecydowanie polecam sięgnąć po tę pozycję po przeczytaniu biografii Tove Jansson. Wówczas można czuć niedosyt oraz nie wszystko będzie się w pełni rozumieć. Pisarka opowiada głównie o swojej rodzinie i dla mnie jest to zbiór opowiadań o relacjach rodzinnych. Wspomnienia z dzieciństwa pokazują, jak duży wpływ na życie autorki oraz jej twórczość miały bliskie jej osoby.

Krytykuję je, bo są tak dobre, że mogłyby być jeszcze lepsze... 

Oczywiście, nie sposób wspomnieć o wydaniu. Gustowna, ale skromna okładka perfekcyjnie wpasowuje się w styl Tove Jansson i obrazuje jej twórczość. Ogromnie cenię wydawnictwo Marginesy za przepiękne, minimalistyczne wydanie, które na myśl zawsze przywodzi mi Finlandię - i to taką, jaką maluje przede mną ukochana Tove.

Vando, jak długo wolno być młodym? 

Wydawnictwo: Marginesy
Data wydania: 11.02.2015
Liczba stron: 320
Przeczytane: 20.05.2018
Ocena: 7/10


10/08/2017

10/08/2017

Timothy D. Walker "Fińskie dzieci uczą się najlepiej"

Timothy D. Walker "Fińskie dzieci uczą się najlepiej"
Jako studentka psychologii w edukacji oraz miłośniczka Finlandii, musiałam sięgnąć po nowość na rynku czytelniczym, która łączy te dwie dziedziny - "Fińskie dzieci uczą się najlepiej". Nie muszę chyba mówić, że jestem entuzjastką fińskiego systemu edukacji? Temat ten jest na tyle ciekawy i tak obszerny, że poruszałam go na niejednej swojej prezentacji. Przygotowując się do nich, brakowało mi solidnej wzmianki na temat fińskich szkół w polskim obiegu, więc chętnie przygarnęłam na swoją półkę ten tytuł. 

Zerkając na okładkę, od razu rzuca się w oczy, że autorem nie jest Fin. Timothy D. Walker to młody amerykański nauczyciel, który wraz ze swoją fińską żoną przeprowadził się do Helsinek, gdzie podjął pracę w powszechnej szkole podstawowej. Nie mając za wiele pojęcia na temat fińskich szkół, od razu zderzył się z inną rzeczywistością, na którą nie był przygotowany. Rzeczywistość ta jest lepsza, choć trudno i ciężko się do niej dostosować. 

Prawdę mówiąc, jestem odrobinę (trochę bardzo) rozczarowana tą książką. Sądziłam, że autor wykaże inność fińskiego systemu edukacji od podstaw - od samego rozplanowania trybu nauki, rodzajów szkół do systemu oceniania i życia codziennego w placówkach. Łudziłam się, że jego praktyczne zaplecze pokaże, jak naprawdę wygląda nauka w fińskiej podstawówce. Na to właśnie przygotował mnie opis na odwrocie. 

Patrząc jednak na napis pod tytułem, można spodziewać się jakiegoś poradnika - i chyba właśnie tak należy rozpatrywać tę pozycję, bo to tylko rady dla nauczycieli, zainspirowane fińską edukacją. Nic więcej. Kilka sytuacji dla przykładu i kilka słów wprowadzających do rozdziału. 

Problem tej książki polega na tym, że nie wiadomo, do kogo miała być adresowana. Do nauczycieli? W takim razie po co tak duże zaplecze teorii dydaktyki, skoro pedagodzy na całym świecie znają ją (lub powinni) doskonale. Wydawca sądzi, że to "inspirująca lektura dla rodziców, dziadków, nauczycieli i każdego z nas". Jasne, tylko szkoda, że autor nie zaznaczył, jak wygląda cała "teoria" szkół w Finlandii. Wdrożenie kilku jego rad do swojego sposobu uczenia może być bardzo dobre, ale nie zbawienne dla uczniów, bo to głównie sam system odpowiada za fenomen fińskich szkół, a nie pojedynczy nauczyciel - o tym powinien pamiętać każdy polski nauczyciel, który sięgnie po tę lekturę. 

Nie mówię jednocześnie, że książka jest zła. Jest ciekawa, ale o fińskim systemie edukacji niewiele się z niej można dowiedzieć. Ba, więcej można wywnioskować na ten temat ze skrzydełek okładki  (a jeszcze więcej z posłowia) niż z samego tekstu, choć to może być przejawem kreatywnej formy wydania. Zapewne dla niektórych tytuł okaże się inspirujący i zachęci do zmian w swojej pracy, ale... Proszę Was. Autor nie udzielił super innowacyjnych rad - każdy mógłby na to wpaść, gdyby tylko trochę ruszył głową. Z drugiej strony, skostniałość i schematyczność w polskich szkołach nie pozwalają nawet na tak niewielki przejaw kreatywności. 

Lektura dla nauczycieli? Owszem, choć muszą się oni przygotować na małą powtórkę z wykładów na studiach. Dla ludzi zainteresowanych edukacją lub Finlandią, a przede wszystkim fińskim systemem edukacji, bardziej polecam kilka rozdziałów z książki "100 fińskich innowacji społecznych" (recenzja tutaj). Daje ona większe wyobrażenie fińskich szkół oraz pokazuje brutalną prawdę. Kultura kulturą, ale fińskie szkoły są dobre, bo różnego rodzaju obszary są ze sobą powiązane - edukacja dzieci z trybem pracy dorosłych, praca dorosłych z kwestią mieszkań i tak dalej. "Fińskie dzieci uczą się najlepiej" to tylko dopełnienie tegoż tytułu.

Przeczytane: 07.10.2017
Ocena: 5/10


8/19/2017

8/19/2017

Tove Janssson "Lato"

Tove Janssson "Lato"
Wszystko to istnieje, jeśli się tego szuka i ma na to czas, to znaczy, jeśli można sobie pozwolić na szukanie i w czasie szukania jest się swobodnym i znajduje się rzeczy, o których się nigdy nie myślało. Czasem ludzie są tacy, jak to przeważnie bywają ludzie, i sami nie wiedzą, czego chcą. Ale wszystko można załatwić. Czasem jednak mają jakieś określone marzenie i chcą mieć coś, co mogliby zatrzymać na stałe.

O Tove Jansson można powiedzieć naprawdę wiele, a i tak najczęściej nazywana jest mamą Muminków. Ja tego tak nie widzę. Dla mnie jest przede wszystkim czarodziejką słowa. Chociaż trochę zawiodłam się po ostatniej Tove dla dorosłych w wydaniu "Słonecznego miasta", to "Lato" oczarowało mnie na nowo.

Szukać czegoś i zbierać to rzecz całkiem szczególna, bo nie można wtedy widzieć nic prócz tego, czego się szuka. 

Ta niewielka książka składa się z dwudziestu dwóch opowiadań, których bohaterkami są wnuczka i babcia. Przebywają one na wyspie i spędzają razem czas, podczas gdy ojciec dziewczynki pracuje w pobliżu. Nie jest jednak sielsko. Nie bawią się w stereotypowe dla tego układu zabawy, ani nie romawiają ze sobą ckliwie. Często się kłócą, babcia czasami przeklnie przy paleniu papierosów i zachęcaniu dziewczynki do zabaw zakazanych przez ojca, a Sophii zdarza się wpaść w furię, którą babcia potrafi w magiczny sposób poskromić - na pewno nie przytuleniem i słodkim słowem. 

Nie można ufać komuś, kto tylko na wszystko pozwala. 

Jestem zdumiona, jak zresztą przy każdym spotkaniu z autorką, jak jej proza pozbawiona jest schematów i stereotypów. Zdaję sobie sprawę, że część z tego wynika z różnic kulturowych i fińskiego podejścia do dzieci, które przez mentalność Finów zawsze różniło się od naszego nawet w czasach współczesnych autorce. Powiem to, co zwykle - można tylko wyciągać wnioski i się uczyć. A z tej książki można wyciągnąć wiele, bo choć maleńka objętościowo, to ogromna w treść i uczucia, które nie są widoczne na pierwszy rzut oka. Relacja wnuczki i babci jest piękna, ale tylko refleksyjny czytelnik będzie mógł to dostrzec. 

Czasem dla człowieka coś staje się jasne, kiedy jest już za późno i kiedy nie ma już siły zaczynać od początku albo też zapomina o wszystkim po drodze i nawet o tym nie wie. 

Być może przyczyną jest pominięcie oczywistości w relacji rodzinnej, czyli miłości. Przez dwieście czterdzieści stron nie ma ani słowa uczuciu między członkami rodziny, a jednak czuje się je, kiedy już kończymy ostatnią stronę, zamykamy książkę i odkładamy ją z ciężkim sercem na półkę. Miłość do ojca pokazana jest w uspokajaniu się, kiedy jest blisko, a miłości romantycznej mówi Sophia w kontekście kota. Tutaj nie ma wzruszeń. Spokój ogarnia czytelnika, chociaż jego serce bije zdecydowanie szybciej z tęsknoty za własnym utraconym dzieciństwem. 

Nawet za rośliny doniczkowe przyjmuje się odpowiedzialność, jak za wszystko inne, czym się człowiek opiekuje i co nie może samo stanowić o sobie. 

Trudność odnalezienia sensu "Lata" polega też na ukrytej symbolice. Nie ma tutaj wyszukanych metafor, które podczas czytania od razu rozszyfrowujemy jako przenośnie, nawet jeśli nie potrafimy odczytać ich znaczenia. Ukryty sens znajduje się pod słowami zwykłymi, a rozszyfruje je tylko czytelnik, dla którego owe słowa są ważne. Każdy też dawny fragment zrozumie inaczej - ja bardzo szybko zobaczyłam pewne aspekty ludzkiej psychiki w rozprawie sześciolatki na temat dżdżownic. Nie mówiąc już o tym, że późniejszy tytuł "Inne małe zwierzątka" cudownie pokazuje różne relacje międzyludzkie. Trudność polega więc nie na wyszukanych słowach i zawiłych przenośniach, a na ukryciu metafor pod słowami, które łatwo można pominąć. 

Jaka szkoda, że nie mogli nigdy przeprowadzić inteligentnej rozmowy na ten temat. Albo byli za młodzi, albo byli za starzy, albo też nie mieli na to czasu. 

Z pozoru krótka i napisana prostymi słowami książka może się wydawać czymś bezsensownym i pozbawionym wartości. Może się spodobać lub nie, choć pewnie każdy doceni pewne jej walory. Jednak dla wymagającego czytelnika, który lubi zabawy w ukryte i który lubi sam dochodzić do własnych wniosków na podstawie słów autora, będzie to niesamowita podróż - podróż do własnej przyszłej starości, do własnego przeszłego dzieciństwa oraz do Zatoki Fińskiej, gdzie życie toczy się odrobinę inaczej, choć także zatacza krąg. 

Może już większość powiedziano. I spostrzeżono, że to się wcale nie opłaca. Albo że się nie ma do tego prawa. 

Tak więc, jeśli jesteś czytelnikiem masowym, a nie refleksyjnym, tudzież ilościowym, a nie jakościowym, nie chwytaj tej książki. Nie czytaj jej także, jeśli wzruszasz się jedynie na modnych obecnie lekturach, które wykładają wszystko wprost już na pierwszej stronie. To książka do płynięcia donikąd, a zarówno do głębi własnej duszy.

- Dziwna rzecz z tą miłością - mówiła Sophia. - Im bardziej się kogoś kocha, tym mniej ten ktoś lubi człowieka. 
- Całkiem słusznie - nadmieniła babka. - I co się wtedy robi? 
- Kocha się dalej - odparła Sophia groźnie. - Kocha się coraz bardziej i bardziej. 
Babka westchnęła - i nic nie powiedziała.  

Przeczytane: 16.08.2017
Ocena: 10/10



5/29/2017

5/29/2017

Katja Kettu "Ćma"

Katja Kettu "Ćma"
Człowiek jest zwierzęciem, które chce wiedzieć.

"Akuszerka" Katji Kettu oczarowała mnie i zawładnęła moim umysłem na czas czytania, a także na długo później. Dawno nie czułam takich emocji przy lekturze. Byłam ciekawa kolejnych książek autorki, jednak głównie ze względów swoich fińskich zainteresowań. "Akuszerka" była książką oryginalną i ciekawą, więc nie byłam w stanie wyobrazić sobie, aby autorka mogła napisać coś jeszcze dobrego, rozwijającego jej zdolności pisarskie, nie mówiąc już o czymś lepszym. Taka typowa autorka jednej książki. Dlatego też do lektury "Ćmy" podeszłam z lekkim wzruszeniem ramion i bez żadnych wymagań. Niesłusznie.

Łatwiej mi było uwierzyć w swoją głupotę, kiedy została ona wypowiedziana na głos.

Już na samym początku poznajemy piętnastolatką Finkę, córkę Białego Generała, która okazuje się być w ciąży z ruskim chłopaczkiem, za co już została ukarana oderwaniem języka. Postanawia uciec przed wstydem i złością ojca - pokonuje granicę na nartach i dostaje się do Związku Radzieckiego, gdzie chce odnaleźć ukochanego, żyjącego w niewiedzy, że za niedługo zostanie ojcem. Wilczy Kieł opowiadał jej o swoim kraju pełnym dobrobytu. Irga nigdy nie wierzyła w te opowieści, ale postanowiła zaryzykować - wszędzie będzie lepiej niż w Finlandii, patrząc na jej obecne położenie. Okazuje się jednak, że wszędzie byłoby lepiej niż w Związku Radzieckim. Szybko zostaje oskarżona o rzekome szpiegostwo, zmuszona torturami do podpisania stosownych dokumentów i przetransportowana do gułagu w Workucie.

Co było, to było, nie trzeba się smucić. Żałujmy żywych, którzy boją się, że umrą. 

Katja Kettu potrafi zachwycić czytelnika różnymi perspektywami w książce - tutaj taki zabieg znów ma miejsce. Najważniejszą perspektywą, zaraz po głównej bohaterce, jest narracja młodej Finki, która przyjeżdża do maryjskiej wioski, gdzie właśnie został zamordowany jej ojciec. Mężczyzna szukał tam swoich korzeni, śladu po matce Irdze Malinen, która była więźniarką. Upojony alkoholem pisywał brednie w listach kierowanych do córki, która nigdy nie wierzyła w jego opowieści. Ale kiedy trafia do wioski, już nie musi wierzyć - wie. Wie i postanawia doprowadzić rozwiązanie zagadki do końca. W końcu matka ojca to jej babcia.

No tak, gdy życie jest puste, a ubranie zawszone na śmierć, to ludzkie twarze robią się paradoksalnie wyrazistsze. To dziwne, ale tak to bywa. I nawet najgorsze pokraki nabierają wartości. 


Pomysł na książkę jest fenomenalny, a jej wykonanie to prawdziwa uczta czytelnicza. Akcja poprowadzona jest w taki sposób, że trudno zaspokoić ciekawość czytelnika po jednej stronie, trzeba przeczytać wszystko od razu. To nie jest łatwa lektura, a przyjemność jej czytania nie ma nic wspólnego z lekkością, tylko stanowi raczej coś głębokiego na wzór literatury wysokiej. "Ćma"  serwuje czytelnikowi ogrom prawd uniwersalnych, w żaden sposób niezwiązanych z życiem obozowym. Przy tym jest tak zaskakująca, że trudno domyśleć się zakończenia. Ja zawsze mam najbardziej absurdalne pomysły na zakończenie książki i to zakończenie pojawiło się w mojej głowie, ale szybko je zignorowałam. Trudno jest przewidzieć, co będzie na następnej stronie, a co dopiero mówić o ostatniej. Początek, jak to Kettu, był trochę chaotyczny, ale to ze względu na mnogość wątków i wrzucenie czytelnika od razu na głęboką wodę. Wszystko klaruje się w ciągu kilku kolejnych akapitów.

Tutaj nikt nie chce pamiętać. Rosja jest krajem, w którym zapominanie to ludowa tradycja, a trzymanie w tajemnicy jest największą życiową zaletą. 

Mnogość postaci też nie jest przerażająca. Autorka potrafi idealnie wykreować bohaterów, a ich ilość nie oznacza mniejszej jakości. Wszyscy są bardzo charakterystyczni i łatwi do zapamiętania, nie tylko przez własną historię, ale też sposób mówienia czy zachowywania się. Jakkolwiek z początku mogą wydawać się nielogiczni, to po chwilowym już poznaniu, każdy ich gest nabiera znaczenia. Irytuje mnie tylko w recenzjach innych osób nazywanie Irgi nastolatką. To nie jest książka o nastolatce. Irga szybko przestaje mięć piętnaście lat, bo akcja jest mocno rozciągnięta w czasie. A nawet gdyby, w tamtych czasach jej wiek był zupełnie inaczej odbierany, nie wspominając już o obozowych realiach.

Niewolnik nie jest wdzięczny za zdjęcie kajdan. Zaczyna gardzić swoim panem i go zabija. 

Właśnie przez tą różnorodność wśród bohaterów, autorka idealnie pokazała fińskość i rosyjskość. Chociaż akcja dzieje się na terenach północno-wschodnich, poza granicami Finlandii, to jednak mentalność Finów została perfekcyjnie przedstawiona, szczególnie w zestawieniu z Rosją i samą Republiką Maryjską.  Obnażona prawda? Raczej tak, skoro "Ćma" wciąż nie ukazała się w Rosji. Podoba mi się też przepaść pomiędzy biednymi bohaterami, a postaciami, które gromadzą wokół siebie bogactwo i sprawują władzę.

Czas upływa na myśleniu, a dzień na kręceniu głową. 

Władza to zdecydowanie najlepszy motyw w tej książce. Nigdy nie czytałam żadnej pozycji, która tak świetnie przedstawiałaby konstruowanie władzy oraz machizmy, które powodują, że ktoś jest osobą uległą wobec osób nadrzędnych. Wątek ten szczególnie uderzający jest w obozowej rzeczywistości, ale to nie jest coś, co możemy sobie wyobrazić, raczej coś, co nam, Polakom, wydaje się wręcz nie do pomyślenia, jeśli spojrzymy na obozy na terytorium naszego kraju. Jest to najmocniejszy punkt "Ćmy" i nie mogę o nim nic więcej napisać, aby nie zdradzić fabuły. Aspekt władzy nie dotyczy tylko radzieckich gułagów, ale też współczesnej Rosji. Chociaż sytuacja jest fikcją literacką, to sposoby rządzenia są autentyczne.

Wiedziałam, że jeśli wcześniej nie umrę z głodu lub podczas porodu, to na pewno zabije mnie w końcu strach.

Oprócz władzy zauroczona byłam magią i wierzeniami. Książka jest bardzo mistyczna, oddziaływająca na zmysły. Religia i czary to nie wszystko. Rytuały nie miałby w sobie nic, gdyby nie wykorzystywały natury. To właśnie maści z bzu i wywary z dzikich roślin sprawiały, że niemal czułam zapach tych specyfików na stronach książki. Miałam wrażenie, że więcej magii jest tutaj, niż w niektórych tytułach fantastycznych. Ba, przez większość czasu ma się wrażenie, że jest to książka fantastyczna, opierająca się na magii i religii Maryjczyków. Ich czary tak pochłaniają czytelnika, że trudno mu choćby o krztę racjonalności. Doświadcza też tego Verna, która próbuje zdrowym rozsądkiem dowiedzieć się, kto zamordował jej ojca.

Gdy nikt nie rozkazuje, ludzie trzymają się tego, do czego przywykli.

Prawdziwą wisienką na torcie jest język i nie mówię tego wyłącznie o wybitym stylu Katji Kettu. Autorka znów mnie porwała. Może nie jest tak brutalna jak w "Akuszerce", mniej opiera się o seksualność i dzikość, ale wciąż są to mocne i wyraziste składowe jej literatury. Językowo "Ćma" jest lżejsza od "Akuszerki", ale mentalnie zdecydowanie cięższa i bardziej wymagająca. Poprzez język rozumiem też języki obce. Pojawia się tutaj fiński, rosyjski i maryjski, a częste wypowiedzi szczególnie w języku maryjskim zazwyczaj nie są tłumaczone - chyba że bohater zaraz tłumaczy, co powiedział. Początkowo się irytowałam, ale zabieg okazał się rewelacyjny. Czasami dało się wyłapać, o co chodzi, ale zdarzało się nie. Przez to czytelnik czuł się jak Irga lub Verna. Obie fińskojęzyczne, nie mogły zrozumieć podobieństw języka maryjskiego do fińskiego, przez co niewiele rozumiały z rozmów, które wokół nich się toczyły. Języka dotyczy jeszcze jedna ciekawa kwestia - główna bohaterka jest niemową, ale Kettu tak poprowadziła akcję, że ucięty język Irgi nie spowodował nudy, jak mogłoby się wydawać.

Przypomina mi to Twoje majaczenie w delirium, ojcze. Raz znalazłam cię w saunie na podłodze, gdy strzelałeś do mrówek ze strzelby z zakrzywioną lufą. Podobno zaczęły ci pyskować, tobie, profesorowi. Tam na zewnątrz nic nie ma. 

Trudno nie wspomnieć o samym wydaniu. Za projekt okładki odpowiada Martii Ruokonen, ale autorem ilustracji o tytule "Forgive me" jest Eemil Karila. Przepiękne jest też samo wnętrze - symboliczna figura szachowa przy prologu, ćma przy poszczególnych częściach oraz prowizoryczne szkice obozu.

Nie płacz, Dziki Ptaszku, bo zmokną twoje piękne oczy. 

Czy książkę polecam? Zdecydowanie. Widzę jednak niepokojący trend wśród osób czytających nałogowo, a także wśród wydawnictw. Sprzedają się książki lekkie i niezobowiązujące, a nawet jeśli dotyczą poważnego tematu i niosą jakieś przesłanie, to styl pisarzy jest... No właśnie. Jest żałosny, nijaki, każdy pisze tak samo. "Ćma" jest dla osób, którym nie zależy na ilości przeczytanych książek, ale na ich jakości. Sądzę, że książkę docenią ludzie, który uwielbiają literaturę klasyczną lub wysoką, a także ludzie zainteresowani innymi kulturami, wierzeniami - szczególnie północnymi i wschodnimi. To jest niewielki procent wśród niewielkiego procentu czytelników, więc rozumiem niską sprzedaż takich książek.

Drżącymi rękami podałam mu kuksę z wodą. Nagle poczułam się nieśmiała i niezdarna. Musisz żyć, kochany! Wróbelek wypił wodę i wyszeptał gorączkowo, głosem zmienionym bólem istnienia:
- Jak tutaj można żyć?
Umysł niknie, nadzieję pochłania wieczna zmarzlina, a na barkach zaciskają się sztywne zawiasy nieba. Lecz czy ja mogę powiedzieć coś takiego słabej istocie? Zgodnie z prawdą oświadczyłam:
- Nie można. 
Ale wyjdziemy z tego. Pozostaniemy przy życiu. 
Ponieważ tak trzeba. Bo to jest zemsta życia.

Przeczytane: 19.05.2017
Ocena: 10/10


5/03/2017

5/03/2017

Tove Jansson "Słoneczne miasto"

Tove Jansson "Słoneczne miasto"
Świat nie jest zniszczony. Wciąż istnieje. Być może trudniej jest w nim żyć, ale nadal istnieje. 

Stało się coś, czego nigdy w życiu nie mogłabym się spodziewać. Przez myśl by mi nie przeszło, że coś takiego może się wydarzyć. A jednak... Tove Jansson, moja ukochana Tove, mnie zawiodła.Teraz tylko zastanawiam się, po której stronie leży wina - po mojej czy po autorki.

Ja nie chcę się stawać, chcę żyć. 

"Słoneczne miasto" to tak naprawdę zbiór dwóch powieści, wydanych pod tytułem tej obszerniejszej. - z tym, że obie są na tyle krótkie, że śmiało można byłoby je nazwać opowiadaniami. Całość liczy sobie zaledwie 300 stron, jednak trzeba wziąć poprawkę na spore marginesy - ja je lubię, ale wiem, że dla niektórych czytelników takie sztuczne dodawanie objętości książkom to oszustwo. Dla mnie akurat to zabieg na plus, bo zawsze mam wrażenie, jakobym szybciej czytała.

Nie ma nic bardziej przerażającego niż ludzie, którzy odchodzą od innych, nie czekając, było to dla niej okropne już w dzieciństwie, a wtedy chodziło tylko o zabawę. 

Przyznam się szczerze - nie wiedziałam o czym będzie ta pozycja. Zobaczyłam po prostu, że została wydana kolejna książka Tove i wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Po "Córce rzeźbiarza" zakochałam się w prozie dla dorosłych spod pióra mamusi Muminków, a poprzeczkę ustawiłam wysoko. Co jak co, ale jeśli chodzi o Finkę, chcę przeczytać wszystkie jej książki. Ale, prawdę mówiąc, nie wiem, czy sięgnęłabym po tę lekturę, gdybym miała świadomość tematyki.

Ale najgorzej, jak w ogóle wszystko trwa i trwa jednakowo, a i tak zawsze jest za późno. 

"Słoneczne miasto" to powieść o emerytach. Żyją oni w spokojnym miasteczku, w którym nic się nie dzieje, a jedyną atrakcją jest statek, gdzie odwiedzającym wręcza się sztuczne hibiskusy i wita się ich okrzykiem "aloha!", nic wiedzieć zupełnie dlatego. Staruszkowie skupieni są w pensjonatach, gdzie największą świętością są bujane fotele rozstawione na ganku. Każdy z pensjonariuszy jest inny, a owa inność sprawia, że często między nimi wybuchają sprzeczki - oczywiście, o bzdety, ale podobnie jak w rodzinie.

Niełatwo jest żyć z kimś, kto cały czas utrudnia sobie życie, zwłaszcza jeżeli utrudnia pomaganie mu. 

Inspiracją autorki było znalezienie się w takowym spokojnym, nieco obumarłym miasteczku w Ameryce. I tutaj nastąpił pierwszy zgrzyt - brak fińskości. Mam wrażenie, że gdyby akcja działa się w Finlandii, wbrew pozorom, działoby się więcej, gdyż taka sytuacja świetnie ilustrowałaby fińską mentalność. A tak miałam wrażenie, że czytam scenariusz do kiepskiego amerykańskiego filmu o emerytach, kolejnej nieśmiesznej komedii.

Nie ma cię. W jakimś sensie nigdy cię nie było.

Zawiodłam się, po raz pierwszy, stylem Tove. Przepięknie bawiła się językiem, a słowa były magią we wszystkich jej książkach, które do tej pory czytałam. W tym wypadku było dość mdło, zabrakło mi wyobraźni i polotu, a czasami nawet i sensu. Nie było już tej charakterystycznej mądrości, choć temat temu sprzyjał. Przyzwyczaiłam się już do fińskiej literatury, w której wszystko dzieje się niespiesznie, a pomiędzy wnoszącymi coś do fabuły wydarzeniami są spore fragmenty w zasadzie po nic - ot, taka odsapka, miejsce na poruszenie kwestii ważnych wartości. Zazwyczaj mało się dzieje i naprawdę zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Ale tutaj to przeszło wszelkie wyobrażenia. We fragmentach nic nie wnoszących nie było żadnej mądrości, żadnych przemyśleń.

Szczerość bywa niebezpieczna. 

Jeśli chodzi o tę powieść zawiodła mnie już sama fabuła, jej rozwiązanie i zupełny brak związku między opisywanymi sytuacjami. Punkt kulminacyjny to po prostu kolejne wydarzenie bez żadnego kontekstu w stosunku do wcześniejszych - poprzednie rozdziały mogłyby nie istnieć, a i tak wiedzielibyśmy, o co chodzi. Ale największym problemem są bohaterowie. W domu starości mieszka jeden pan i same panie - na setnej stronie i tak nie wiedziałam, kto jest kim. Ot, puste nazwiska i to wszystko. Jasne, byli oni w jakiś sposób opisani i dość różnili się od siebie... jednak tylko w teorii. Nie miało to żadnego przełożenia na akcję lub sposób wypowiadania się.

Dziwna rzecz z żonami. Człowiek się nie przyzwyczaja... Albo może zanadto się przyzwyczaja... 

Sprawą komplikującą i niezwykle mnie drażniącą były dialogi. Część wypowiedzi była zapisywana klasycznie, a część, w środku rozmowy, nie wiedzieć czemu, w postaci zdania oznajmującego, że ktoś powiedział coś. W pewnym momencie sama nie wiedziałam, czy to słowa narratora, czy to przemyślenia bohaterów wypowiedziane na głos, czy faktyczna rozmowa.

Czasem rzecz polega może nie na tym, co się robi, ale na tym, czego się nie robi. 

"Kamienne pole" wypadło już zdecydowanie lepiej. Byłabym jednak bardziej pozytywnie do niego nastawiona, gdyby było przed "Słonecznym miastem", które wyssało ze mnie wszelki entuzjazm. Ten utwór to historia dziennikarza, który przechodzi na emeryturę, ale postanawia zmierzyć  się z napisaniem biografii pana Igreka. Darzy go jednak tak wielką antypatią, że dopada go brak weny i nie jest w stanie pisać. Życie Igreka jest nudne i schematyczne, a z tak nędznego materiału trudno jest napisać dobry tekst. Wyjazd za miasto z córkami też nie pomaga w pisaniu.

Ty nie wiesz nic o przebaczeniu i wdzięczności, ile razy ktoś był dla siebie miły, myślałeś, że chce czegoś albo że jest naiwny i nie rozumie... 

W zasadzie tej powiastce też mogłabym postawić podobne zarzuty, ale wszystko było na mniejszą skalę, a bohaterowie byli zdecydowanie lepiej wykreowani - szczególnie główny bohater, Jonasz. Ponadto następuje pewien sensowny ciąg zdarzeń. Pojawiają się też przemyślenia, ale dopiero na sam koniec wychodzi cały trzon powieści - tak, aby czytelnik sam mógł dojść do tego. Wyraźnie widzi się problem bohatera, zanim on w końcu go dostrzeże.

Wszyscy są tacy sami, wyśpiewują z siebie odległość geograficzną od jakiegoś miejsca, punktu na mapie, nigdy od niego nie uciekną. 

Jedyne co mogę zarzucić "Kamiennemu polu" nie wynika z samej książki czy z stylu autorki, ale z opisu na odwrocie okładki. Wydawnictwo popełniło wielką gafę, bo w zasadzie zdradziło cały sens tej powieści. Opis powinien wprowadzać czytelnika w sytuację, która dzieje się na samym początku. Tak dla orientacji. A tutaj zostało przedstawione zakończenie, przez co miało się wrażenie, że opisane wydarzenia przywitają czytelnika na pierwszych stronach, a fabuła potoczy się w innym kierunku. To całkowicie zmieniło sens lektury, a ja przez wszystkie strony czekałam na to, co w zasadzie nastąpiło na końcu, a nie jako punkt zmieniający akcję. Po opisie więc spodziewałam się czegoś innego.

Jest pani pomnikiem. Umarła pani dawno temu i teraz jest pomnikiem.

Chociaż całość wypadła blado, i tak cieszę się, że w końcu tytuł pojawił się w Polsce i miałam okazję go przeczytać. O ile pierwsza powieść wypadła blado, to druga jest bardzo ciekawa, jeśli nie przeczyta się zdradzającego wszystko opisu od wydawcy. Marginesy pod tym względem zawiodły, choć książka wydana jest prześlicznie - piękna okładka i równie piękne skrzydełka, dzięki czemu egzemplarz aż chce się trzymać w dłoni. Dysproporcje pomiędzy dwoma tytułami są jednak wielkie, a widzę to po ilości zaznaczonych wartościowych cytatów - w "Słonecznych miastach" jest ich kilka na ponad 200 stronach, a w "Kamiennym polu" są nawet zaznaczone niemal całe akapity, jeden po drugim, tylko na 80 stronach. I to właśnie ze względu na drugą powieść mogę polecić tę książkę. Chociaż całość mi się nie podobała, to jest to coś, co warto przeczytać. Tove Jansson to nie tylko Muminki i warto poznać jej twórczość dla dorosłych.

A jednak, kiedy maszyna do pisania milkła, miało się zawsze dość okropne uczucie. 

Przeczytane: 14.04.2017
Ocena: 4/10



Copyright © Satukirja , Blogger