Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty

9/29/2021

9/29/2021

Sohn Won-pyung "Almond"

Sohn Won-pyung "Almond"


Gdy ktoś się smuci twoim smutkiem, to powód do radości. 

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wygląda życie bez emocji? Wyobraźcie sobie najważniejsze sytuacje z Waszego życia, ale pozbawione radości, smutku, strachu, wstydu. Wyobraźcie sobie, że nigdy się nie zakochujecie, nikogo nienawidzicie, nikogo się nie boicie. Wyobraźcie sobie, że nigdy do nikogo się nie uśmiechacie i nigdy nie płaczecie. To dość dziwne życie, prawda? 

Sohn Won-pyung w książce "Almond" idealnie przedstawia życie bez emocji i uczuć. Główny bohater powieści - Seon Yunjae cierpi na aleksytymię, czyli zaburzenie emocjonalne, objawiające się trudnością do rozpoznawania i nazywania emocji zarówno swoich, jak i innych. Ta przypadłość sprawia, że życie chłopaka, wbrew pozorom, jest skomplikowane - zwłaszcza pod względem społecznym. 

Jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki. Seona poznajemy już jako małego chłopca i towarzyszymy mu do czasu osiągnięcia przez niego dojrzałości. Strona po stronie uczestniczymy w w jego życiu, a pierwszoosobowa narracja sprawia, że powieść jest swoistym, niezwykle intymnym zwierzeniem. 

Autorka przepięknie przedstawiła świat bohatera - świat bez emocji. Ten świat nie jest łatwy, a konsekwencje przypadłości sięgają bardzo głęboko. Nie jest to tylko i wyłącznie życie bez smutku lub radości.  Sohn Won-pyung  pokazała, jak ważne są odczuwanie i mimika w społeczeństwie. To właśnie przez rangę uczuć Seonowi tak trudno było się odnaleźć, a społeczeństwo nie potrafiło się z nim obchodzić. 

Książka zauroczyła mnie niebanalnością fabuły, zwinnym przeplataniem akcji i wyjątkowym stylem autorki - z jednej strony pięknym, z drugiej strony minimalistycznym. Sohn Won-pyung w kilku słowach potrafi zawrzeć ogrom treści, przez co "Almond" obfituje w dużą ilość krótkich, lecz niezwykle trafnych cytatów. 

Ta powieść jest niezwykła, jak niezwykła jest historia chłopca, który nigdy się nie uśmiechał. Bez zawahania polecam tę lekturę każdemu - to idealna pozycja zarówno dla młodszych, jak i starszych czytelników. 

Wydawnictwo: Mova
Data wydania: 29.09.2021
Liczba stron: 240
Ocena: 8/10

1/09/2019

1/09/2019

Maggie Stiefvater "Wyścig śmierci"

Maggie Stiefvater "Wyścig śmierci"
Tego jestem pewien. Na grzbiecie konia znacznie łatwiej być pewnym. 

Maggie Stiefvater pokochałam, kiedy byłam nastolatką i dopiero co wydano książkę "Drżenie". Zakochałam się od razu w sposobie pisania i myślenia autorki - jej niebanalne interpretowanie znanych wszystkim opowieści wywarło na mnie olbrzymie wrażenie. Kiedy kilka lat później chwyciłam po inną serię spod jej pióra, wciąż byłam zachwycona jej pomysłami, choć dostrzegałam niedociągnięcia jej stylu pisarskiego. Po kilku latach znów postanowiłam spróbować i w końcu nie mogło na mojej półce zabraknąć "Wyścigu śmierci".

Gdyby ludzie umieli patrzeć, wszyscy by wiedzieli. 

Co roku w listopadzie na klifach Skarmouth odbywają się wyścigi koni, lecz nie jest to typowe wydarzenie jeździeckie. Uczestnicy nie walczą jedynie o wygraną, ale przede wszystkim o przetrwanie. Mieszkańcy pobliskiego miasteczka drżą z niepokoju, kiedy piasek pokrywa się czerwienią, a w morzu pieni się krew jeźdźców. Tym razem na linii startu jak zwykle pojawia się niezwyciężony, choć młody Sean Kendrick. Nikt nie spodziewa się zobaczyć tam Puck Connolly - pierwszej przedstawicielki płci pięknej, która zdecydowała się przyłączyć do wyścigu.

Nie wszystkim jest dane czynić cuda własnymi rękami. Gdyby tak było, balibyśmy się czegokolwiek dotknąć.

Książka bazuje na celtyckim micie o koniach uisce, co od razu mnie urzekło. Uwielbiam celtyckie klimaty, a po "Lamencie" wiedziałam już, że Maggie Stiefvater potrafi z tą mitologią zdziałać cuda. Jak zwykle do tematu podeszła w sposób indywidualny, przedstawiając czytelnikowi własną interpretację mitu. Zabieg ten dodaje powieści jeszcze więcej oryginalności, jakby konie uisce same w sobie nie były mało znane. Na plus zasługuje już sam pomysł na książkę o tych zwierzętach, nie mówiąc nawet o zestawieniu ich z magią. 

Łatwo jest sprawić, żeby mężczyźni cię kochali. Wystarczy być górą, na która muszą się wspiąć, albo wierszem, który próbują zrozumieć. Czymś, dzięki czemu czują się silniejsi albo mądrzy. 

Powieść jest niezwykle plastyczna, a dzięki stylowi autorki czuć klimat wyspy nawet kilka tygodniu po skończeniu lektury. Książkę czyta się bardzo szybko - mam wrażenie, że w takt stukotu końskich kopyt. W każdym słowie wybrzmiewają uczucia, a akcja cały czas trzyma w napięciu. Adrenalina towarzyszy czytelnikowi na długo przed wyścigiem, a oprócz tego pojawia się cała gama innych emocji. Poczucie niesprawiedliwości, zdrada, braterstwo, gorzkie łzy, nienawiść i miłość... To wszystko zamknięte zostało w niecałych 500 stronach tekstu oraz przedstawione z dwóch punktów widzenia poprzez podział narracji. 

Mogę powtórzyć jeszcze parę razy, że mi przykro, tylko, że nie wiem, co to zmieni. 

Nawet jeśli finał jest odrobinę do przewidzenia, to bohaterom absolutnie nic nie można zarzucić. Nie ma tutaj dwóch sposobów konstrukcji postaci, które pojawiają się w wielu tytułach dla młodzieży. Po pierwsze, jakaś negatywna postać nagle nie staje się dobra i święta. Po drugie, nie ma bezwzględnego, sztucznego podziału bohaterów na tych złych do szpiku kości i tych z aureolą nad głową. Moją uwagę poskromił głównie Sean, który oczarował mnie swoim podejściem do zwierząt, ale sporo możemy nauczyć się także z historii Puck, której życie wywraca się do góry nogami niejednokrotnie. 

Cieszę się z tego uśmiechu, bo tata powiedział kiedyś, że powinno się być wdzięcznym za dary, które są szczególnie rzadkie.

Mało jest książek, nad którymi płaczę. Uczucie muszę przyznać, że "Wyścig śmierci" wycisnął ze mnie kilka łez. Konie uisce oraz losy głównych bohaterów poruszyły moje serce, a przepiękne zakończenie powaliło mnie na łopatki - ostatnią scenę wciąż mam przed oczami, wymalowaną przez  wielobarwne słowa autorki. I choć może nie każdy zwraca na to uwagę, to mnie rozczuliły jeszcze podziękowania, które stanowią idealne zwieńczenie tej przygody czytelniczej. 

Mam wrażenie, że moje serce jest pełne wszystkich początków i końców, a zarazem puste.

Wydawnictwo: Wilga
Data wydania: 03.10.2012
Liczba stron: 496
Przeczytane: 27.10.2018
Ocena: 9/10

10/12/2018

10/12/2018

Katarzyna Berenika Miszczuk "Wilczyca"

Katarzyna Berenika Miszczuk "Wilczyca"
Po niezbyt udanej lekturze "Wilka" Katarzyny Bereniki Miszczyk przyszedł czas na drugi tom serii, czyli "Wilczycę". Posiadając już pewne informacje o bohaterach oraz stylu autorki, do książki podeszłam odrobinę niechętnie, ale wiedząc, czego mogę się spodziewać. 

Margo może w końcu odetchnąć - zaczęły się wakacje, nie musi wstawać na sobotnie treningi pływania, przestali interesować się nią nawet pracownicy Instytutu, którzy prowadzą eksperymenty na młodzieży, a podana przez nich wilcza szczepionka nie uaktywniła się. Niebawem jednak wraca szkoła, a w tym samym czasie w okolicy zaczyna dochodzić do brutalnych morderstw. Wszystko wskazuje na atak dzikiego zwierzęcia. Czy to któryś z wilczych przyjaciół dziewczyny?

Powiem szczerze, że jestem pozytywnie zaskoczona. Między "Wilkiem", a "Wilczycą" istnieje ogromny przeskok, jeśli chodzi o styl autorki. Od razu czuć chociażby odrobinę większe doświadczenie i większą dojrzałość. Przejawia się to przede wszystkim w języku i konstrukcji powieści. Wciąż jest przewidująco, ale na czytelnika czeka więcej niespodzianek. 

Bohaterowie też są zupełnie inni. Wciąż nie brakuje im młodzieńczej naiwności oraz wykazują się ponadprzeciętnym sprytem (lub też szczęściem), ale przez swoje wakacje błyskawicznie dojrzeli. Nie sposób tego nie docenić, bo to właśnie ich charaktery oraz sposoby wypowiadania się przyczyniły się do tego, że druga część jest zdecydowanie lepsza od pierwszej. 

Mogę śmiało powiedzie, że "Wilczyca" jest kojąco przeciętna. Akcja jest barwna, przez co czytelnik może się choć trochę ubawić podczas czytania, choć trudno nazwać to dobrą rozrywką. Ot, szybka lektura na jesienny wieczór.

Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 22.08.2018 
Liczba stron: 416
Przeczytane: 02.09.2018
Ocena: 3/10



10/10/2018

10/10/2018

Katarzyna Berenika Miszczuk "Wilk"

Katarzyna Berenika Miszczuk "Wilk"
W Nowym Jorku zostawiłam wszystkich znajomych i całe dotychczasowe życie. Może nie było zbyt ciekawe, ale było moje. 

Kojarzycie te młodzieżowe książki fantasy, kiepsko napisane, ale pełne patosu? Pamiętam, że kiedy byłam nastolatką z ogromną chęcią sięgałam po młodzieżówki z pogranicza fantastyki, ale oprócz ciekawej historii, często zwracałam uwagę na styl. Wiele tego typu książek jest po prostu okropnie napisana – i jakoś mnie to nie dziwi.

"Wilk" to powieść o zwyczajnej dziewczynie, której rodzice postanawiają przenieść się z Nowego Jorku do małego miasteczka. Od tego czasu Margo nawiedzają koszmary, ale większą zmorą jest dla niej bycie nową osobą w szkole, w której każdy zna każdego. Obawy tylko częściowo okazują się słuszne - szybko zaprzyjaźnia się z szaloną Ivette, a przystojny Peter zaprasza ją na randkę. Z czasem przekonuje się również do cichego i skrytego Maxa. Ale czy wszystkim może ufać? Pełnia księżyca być może postawi wszystko w innym świetle. 

Czy po tym opisie nie jest już wiadome, jak sprawa się zakończy? Przyznam, że dawno nie spotkałam się z tak przewidywalną książką - obawiam się, że nawet jako mała dziewczynka mniej więcej przepowiedziałabym zakończenie. Mniej więcej, ponieważ mały element zaskoczenia był - niewielki, ale zawsze. 

Do lektury podeszłam zgodnie z radą autorki w przedmowie, że jest to napisana przez piętnastolatkę książka młodzieżowa i tak należałoby ją traktować. Jest to jednak poprawione wydanie -  Katarzyna Miszczuk utemperowała charakter Margo, dorzuciła kilka opisów i nową postać. Niewiele, a jednak. Reszty postanowiła nie zmieniać, żeby książka nie przestała odzwierciedlać jej nastoletniej wersji. Doskonale to rozumiem. 

Niemniej, jestem szalenie ciekawa, jak wyglądała wersja bez poprawki. Teraz książka nie jest nawet przeciętna - i nie mówię tego jak typowa osoba dorosła. Wciąż lubię książki młodzieżowe i widzę ich ogromny potencjał, doceniając głównie dobre historie, a zwracając mniej uwagi na styl. Tym bardziej, jeśli autorzy nie są zbyt doświadczeni (tutaj jest to debiut) i mają niewiele lat. 

Styl jest bardzo prosty, co zdecydowanie jest plusem, ponieważ czyta się błyskawicznie. Czasami wręcz łopatologicznie prosty, co kontrastuje z niektórymi wyrażeniami. Ale ważniejsza jest fabuła. Niestety, jest ona tak schematyczna, że podczas czytania można byłoby przejść do połowy i nie byłoby problemu ze zorientowaniem się w sytuacji. Zmienia się to odrobinę pod koniec książki, co mnie ogromnie ucieszyło. 

Bohaterowie też nie są nadzwyczajni. Pomijając aspekty ich genetyki, jak można wywnioskować po tytule. Są nieskomplikowani, charaktery dość stereotypowe (w opozycji do tych, którzy w sposób przewidywalny łamią stereotypy), niemniej nie są irytujący, jak to bywa w wielu lekturach dla młodzieży.  

"Wilk" to lekka powieść, którą czyta się i zapomina. Nie wnosi nic do życia czytelnika i trudno powiedzieć, żeby mogła zagwarantować mu dobrą zabawę. Patrząc na obecny rynek wydawniczy ani trochę nie rozumiem, dlaczego książka została wznowiona - rozumiem zainteresowanie autorką w ogóle, ale na półce z młodzieżówkami znajdziemy przytłaczającą liczbę lepszych lektur.

Najważniejsze, że wiem, kim jesteś dla mnie...

Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 22.08.2018 (2006)
Liczba stron: 320
Przeczytane: 31.08.2018
Ocena: 2/10


9/12/2018

9/12/2018

Matthew Quick "Wybacz mi, Leonardzie"

Matthew Quick "Wybacz mi, Leonardzie"
- A skąd pan wie, że wygrywa?
- Ponieważ wciąż walczę. 

Doskonale pamiętam swój czas powolnego wkraczania w dorosłość, który u mnie przebiegał spokojnie... z pozoru. To, co działo się w mojej głowie, ciężko nazwać spokojem. Była to gonitwa myśli, a mną targały różne, często sprzeczne ze sobą emocje. Jednocześnie wiedziałam, czego chcę, ale obawiałam się, że nigdy nie uda mi się tego dostać lub osiągnąć - dlatego też na przyszłość patrzyłam pod kątem porażki. To nie było ani trochę złe, ponieważ zmusiło mnie do długich rozmyślań i doszłam do przydatnych refleksji. Nie sądziłam, że po latach uda mi się wrócić do tego stanu poprzez książę, ale "Wybacz mi, Leonardzie" idealnie przeniosło mnie w czasie.

Dlaczego ludzie lubią słyszeć tylko takie pytania, na które odpowiedzieli wcześniej milion razy a nie cierpią, kiedy zbija się ich z tropu?

Leonard Peacock właśnie obchodzi swoje osiemnaste urodziny, choć nikt o nich nie pamięta. Urodziny oznaczają prezenty, a skoro tego dnia on ich nie dostaje - dostają je inny, właśnie od niego. Jeden z prezentów jest od niego dla niego - to nazistowski pistolet jego dziadka. Przejście z dzieciństwa w dorosłość to perfekcyjny moment na rozprawienie się z ludźmi, którzy go nie rozumieją lub nie rozumieją reguł świata w ogóle. A jak lepiej rozwiązać ten problem, jak nie przy użyciu symbolicznej broni?

Obecność pięknej kobiety czyni każdą sytuację znośniejszą. 

Do książki podchodziłam odrobinę jak pies do jeża, bojąc się pozycji, o której słyszałam tyle dobrego. Zawsze boję się, że opinie te mogą być nieszczere, a tytuł po prostu przereklamowany. Najbardziej obawiałam się autora, ale do odważnych świat należy i proszę bardzo - to jedna z moich najlepszych lektur w tym roku. A to dlaczego?

Inność to cecha pozytywna. Ale inność jest również trudna. 

Przede wszystkim Leonard. Dawno nie spotkałam się z bohaterem, który odzwierciedlałby tak bardzo mój sposób myślenia i podobne mi stany emocjonalne, szczególnie te z przeszłości. Główny bohater ma w sobie oprócz melancholii, szczyptę zadziorności, co nie pozwala sklasyfikować go jako zwyczajnego bohatera (czytaj: mięczaka) romantycznego. Jednocześnie nie określiłabym go mianem zbuntowanego, choć takie określenia słyszałam już pod jego kątem - ale co to, to nie. Jest po prostu zadziorny, pewny siebie, wie czego chce i jest świadomy swoich uczuć. Ot, dojrzałość emocjonalna nastolatka.

Mam taką teorię, że z wiekiem tracimy zdolność do bycia szczęśliwym. 

Moją sympatię zyskał poprzez szczerość i transparentność oraz wynikający z tego sposób wypowiedzi, co rzutowało na ogólny ton książki. Styl autora jest lekki, a książka choć skierowana jest głównie dla młodszej publiki, nie porusza błahych tematów. Być może nawet dotyka tematyki poważniejszej niż zwyczajowo zabierają się za takową dorośli - a myślicie, że dlaczego tak wielu nastolatków jest nierozumianych? W ich głowach nie kłębią się głupoty, ale ważne myśli, których zabierani dorośli nie mają czasu zrozumieć. Autor nie poświęca wszystkich stron nastolatkom, bowiem ich problemy często wynikają przez dorosłych oraz z obawy przed dorosłością.

Dlaczego miałbyś być do mnie podobny? Powinieneś być podobny do siebie. 

Ogromnym plusem jest dla mnie sama struktura książki. Uwielbiam liczne przypisy - często zabawne, ironiczne i bardzo obszerne. Oprócz tekstu przewijają się także listy z przyszłości - dzięki temu możemy przypuszczać, jak zakończy się powieść i czytelnik maksymalnie koncentruje się na myśleniu o tym, co aktualnie dzieje się w książce. Kompozycja świetnie bazuje na motywie pistoletu, a liczne nawiązania do filmów mogą wywołać szeroki uśmiech na twarzach koneserów kinematografii.

Miej ufność w przyszłość. 

Książkę o przepięknej okładce oraz intrygującym tytule mogę polecić wszystkim. "Wybacz mi, Leonardzie" to pozycja przede wszystkim dla starszej młodzieży, ale zabieganym dorosłym przydałaby się ta lektura na przypomnienie, kim byli, a kim obecnie się stali.

Włącz wielki snop światła. 
Nawet jeśli nikt nie patrzy. 

Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 08.10.2014
Liczba stron: 408
Przeczytane: 06.09.2018
Ocena: 9/10


8/24/2018

8/24/2018

Sarah J. Maas "Dwór cierni i róż"

Sarah J. Maas "Dwór cierni i róż"
Wszystko, co kocham, zawsze w końcu tracę. 

Wiele jest książek, które oczarowują okładkami. Kiedy pierwszy raz w oczy rzucił mi się "Dwór cierni i róż", zakochałam się niemalże od razu. Później przeczytałam opis, a decyzję  o zamówieniu własnego egzemplarza przypieczętowały liczne rekomendacje i prawie wyłącznie same pozytywne recenzje. Teraz zastanawiam się, czy ze mną jest coś nie tak, czy też większość opinii była nieszczera.

Sińce trudniej ukryć niż ubóstwo. 

Co może powstać z połączenia baśni o Pięknej i Bestii oraz legend o czarodziejskich istotach? Podobno baśniowa historia miłosna w stylu fantasy. Młoda dziewczyna zmuszona jest do ciężkich zadań domowych oraz polowania na zwierzynę, aby utrzymać przy życiu swoją rodzinę - nikt inny nie potrafi ugiąć się pod biedą i zająć się czynnościami, których nie wypada robić ludziom z wyższych sfer. Podczas polowania zamiast wilka zabija faerie, łamiąc prawo ludzi i magicznych istot. Niebawem pojawia się u niej pochodzący z Wysokiego Rodu Tamlin, który żąda rekompensaty za śmierć swojego pobratymca - Feyre musi udać się z nim do obcej krainy i spędzić tam resztę życia.

Nie utrzymasz się przy władzy, jeśli będziesz przyjaźnić z wszystkimi wokół.

Brzmi ciekawie, prawda? O tak! Zapewne byłoby ciekawie, gdyby w tej książce działo się cokolwiek - można czytać co dwudziestą lub nawet trzydziestą stronę, a czytelnika i tak wiele nie omija. Mam wrażenie, że autorka robi z odbiorców swojego dzieła ludzi bez rozumu, którym jedną informację trzeba powtórzyć co najmniej trzy razy. Jedna myśl rozwleczona na kilka zdań, prawie identycznych... To był koszmar. Może to właśnie sprawiło, że pomimo dość lekkiej tematyki, książkę czytałam stosunkowo długo i nie mogłam dobrnąć do końca.

Nie wstydź się nawet przez chwilę robienia tego, co przynosi ci radość. 

Pomijając już brak akcji, przewidywalną fabułę i brak jakichkolwiek ciekawszych elementów magicznego świata, chociaż bohaterowie mogli okazać się rewelacyjni. Na to właśnie liczyłam najbardziej i na to przygotowywały mnie recenzje innych osób. Liczne zachwyty oraz mnogość gadżetów z podobiznami bohaterów, których tak uwielbiają czytelnicy, wywołały we mnie przekonanie, że nawet jeśli wszystko inne będzie kiepskie, bohaterowie będą naprawdę barwi. Jasne. Jaka ja byłam naiwna... Niemal każda z postaci jest jednowymiarowa, stworzona na jednym schemacie, bez ikry. Dobrze, że nie żyją naprawdę, bo sami ze sobą, w swojej skórze, musieliby się wynudzić - nawet jeśli są magicznymi istotami. Nie mówiąc już o tym, że Feyre ląduje na mojej liście najbardziej irytujących postaci, a Tamlin w swojej bestialskości może sobie podać rękę z Edwardem Cullenem.

Jak na kogoś o kamiennym sercu wykazujesz ostatnio nadzwyczajną jego wrażliwość. 

Pytam się również, gdzie podziała się baśniowość? Nie dostrzegłam jej niemal nigdzie, być możne zniknęła przytłoczona bezsensem zbędnych słów. Motywu Pięknej i Bestii można szukać z lupą, a i tak znajdzie się wyłącznie okruchy okruchów. Magiczny świat był tylko tłem dla głównych bohaterów, jakby pomiędzy nimi naprawdę coś się działo - nie działo, książkę można streścić w pięciu pojedynczych zdaniach. Dobry pomysł zginął w zalążku.

Żałuj tych, którzy nie czują już nic.

Książka ląduje na podium rozczarowań czytelniczych tego roku. Nie sądzę, aby cokolwiek było w stanie ją z tego miejsca zrzucić. Ba, znajduje się na pewno na szczycie największych moich rozczarowań książkowych w życiu. Niedobrze. A teraz jeszcze spotykam się z opiniami, że może pierwszy tom nie jest rewelacyjny (w opozycji do tych licznych rekomendacji), ale drugi jest już naprawdę dobry... Naprawdę? Czytaliście? Warto? Nie chcę, aby kolejny raz bolała mnie żuchwa od ziewania przy książce, ale naiwnie liczę na to, że Sarah J. Maas w końcu rozwinęłaby tak dobry pomysł na powieść.

Niektórzy szukają mnie przez życie całe, lecz nigdy się nie spotykamy,
Pocałunek zaś ofiarowuję tym, którzy nie depczą mnie swymi stopami.
Niektórzy mówią, że łaskami swymi obdarzam mądrych i gładkich,
Lecz me błogosławieństwo jest dla tych, którym nie brak odwagi.
Zazwyczaj me działanie zdaje się wszystkim darem cudnym,
Lecz wzgardzona staję się potworem do pokonania trudnym
I chociaż każdy cios mój góry kruszyć by pozwolił,
Gdy zabijam, robię to bardzo powoli...

Wydawnictwo: Uroboros
Data wydania: 27.04.2016
Liczba stron: 524
Przeczytane: 29.07.2018
Ocena: 2/10


1/02/2018

1/02/2018

Tarryn Fisher "Margo"

Tarryn Fisher "Margo"
Czasami, ratując kogoś innego, ratujesz też trochę samego siebie. Kochając kogoś innego i nie oczekując niczego w zamian, uczymy się kochać siebie. 

W Bone jest dom. W domu mieszka dziewczyna. W dziewczynie mieszka ciemność... Zaraz, moment. Dla mnie powinno być trochę inaczej. W Bone jest dom. W domu mieszka dziewczyna. W dziewczynie mieszka i Bone, i dom, a w międzyczasie pojawia się zamroczenie. Tak. Tak lepiej.

Arogancja tępi zmysły. 

Bone to specyficzne miasteczko, w którym wszyscy się znają, ale nikt z nikim się nie liczy. W tak ponurym miejscu dorasta Margo, mieszkająca ze swoją matką w pożeraczu - przerażającym domu, który wydaje się być żyjącą istotą. Dziewczyna dorasta w strachu, a strach zajada nie tylko słodkościami, ale też wspominaniami szczęśliwych chwil z matką. Teraz kobieta prostytuuje się i pała nienawiścią do córki, w ramach czego w ogóle z nią nie rozmawia - jedyną formą komunikacji są listy zakupów. Iskierka nadziei pojawia się, kiedy Margo poznaje niepełnosprawnego chłopaka o imieniu Judah. Iskierka pojawia się jednak w niewłaściwym momencie - w okolicy ginie znana Margo dziewczynka.

Jak wielkie musi być czyjeś człowieczeństwo, by przyćmiewało ten niezgrabny, skrzypiący wózek?

Nie lubię sięgać po modne książki, które widoczne są wszędzie, księgarnie wydają się wciskać je klientom, a na blogach z recenzjami wszyscy jedynym głosem zachwycają się nimi przed premierą (i dopiero po premierze można przeczytać szczere i mniej pochlebne opinie). Niemniej, po "Margo" sięgnąć chciałam z dwóch powodów. Pierwszym z nich była tematyka problemów rodzinnych, mówiąc dokładniej - prostytucja w rodzinie i psychiczna (nie tylko) przemoc wobec dziecka. Drugim powodem była rzekoma zawiła psychika głównej bohaterki. Jak coś takiego miało nie skusić przyszłego psychologa? Poczekałam, aż szum wokół książki przycichnie (chociaż wokół autorki - Tarryn Fisher, wciąż on trwa) i zamówiłam swój egzemplarz.

W życiu chodzi o to, by ludzie decydowali, kim chcą być. Jednak większość z nich wybiera bycie śmieciem. Nie ja. 

Sądzę, że wszystkie pozytywny książki wynikają z wyraźnych bohaterów, wykreowanych z niezwykłą dbałością o szczegóły. Wpadają w pamięć, wyróżniając się nie tylko między sobą, ale też na tyle postaci z innych książek. Tak dobra kreacja jest wynikiem dużej pomysłowości i wyobraźni, przekutej w świetny styl i warsztat pisarski. Właśnie te dwie rzeczy - bohaterowie i język - wpływają idealnie na odbiór lektury. To są fundamentalne warunki, aby móc zaakceptować książkę jako dobrą, a w tym wypadku oba są spełnione, dzięki czemu tytuł oraz fabuła zapadają w pamięć. Zaznaczę jednak, że nie znalazłam tutaj wspominanych przez wszystkich opisanych aspektów ludzkiej psychiki.

Ukryte rzeczy powinny pozostać ukryte. 

Problem pojawia się z pomysłem. Mam wrażenie, że otrzymałam kolejny raz produkt niezgodny z opisem, czyli książka trochę mija się z tym, co wydawca zamieścił na odwrocie okładki. Może nie mija, ale opisywane w tym miejscu rzeczy wcale nie składają się na wątek główny, a tematyka książki szybko odbiega od opisanych motywów. Rozumiem wydawcę, że powiedzenie wprost, o czym jest ta książka, zepsułoby czytelnikom całą zabawę i mam wrażenie, że problem ten wynika z zamysłu autorki. Tarryn Fisher  zdecydowanie przekombinowała. Gdyby trzymała się głównego i tak zawiłego wątku, zresztą świetnie poprowadzonego, książka byłaby o wiele lepsza - przede wszystkim, byłaby spójna i niczego by jej nie brakowało. Tematyka zabójstw po odłożeniu książki wydaje się być przesadą i elementem wprowadzonym na siłę. Po co? Po to, aby książka była poważniejsza? Główny wątek w zasadzie rozwiązuje się po większej części książki, a wprowadzone dodatkowe motywy, które od tego momentu stają się nowym głównym wątkiem, wydają się nie znajdować rozstrzygnięcia, co wpływa na satysfakcję z lektury i jej obiór przez czytelnika.

Żeby być naprawdę szczęśliwą, musisz tego chcieć. Choćby życie ci się skomplikowało, musisz zaakceptować to, co się stało, porzucić ideały i nakreślić nową mapę prowadzącą do szczęścia. 

Książka jest świetnie napisana i niezwykle wciągająca - ja przeczytałam ją w ciągu 24 godzin, nie mogąc się od niej oderwać. Niemniej, kiedy już odłożyłam ją na półkę, zastanawiałam się, o co w niej tak naprawdę chodzi. Jaki był finał? Nie mam pojęcia. Interpretacje są dowolne i własne wersje wydarzeń wydają się być wskazane, ale ciekawi mnie, jakie są realia świata przedstawionego "Margo".

Nie, marzenia nigdy nie są bez sensu. Marzenia to plany; dzięki nim twoje serce zaczyna bić, a kiedy zacznie, zaraz za nim podąża głowa. 

Dla mnie książka mogłaby się skończyć w połowie wraz z dołożonymi kilkoma zdaniami, które pojawiają się później, a dotyczą pierwszego wątku fabuły. Późniejsza kreacja bohaterki i jej działania wydają się być tematycznie zbyt oderwane, aby zamykać wszystko w jednej książce. Niemniej, prawie podczas całej lektury bawiłam się świetnie tak jak autorka bawi się emocjami czytelników.

Nie istnieje nic lepszego niż znalezienie drugiego człowieka, który walczy tak samo jak ty, kocha to samo co ty i rozumie cię tak doskonale, że to aż podniecające. 

Przeczytane: 30.11.2017
Ocena: 6/10

2/20/2017

2/20/2017

Caitlin Moran "Dziewczyna, którą nigdy nie byłam"

Caitlin Moran "Dziewczyna, którą nigdy nie byłam"
I będziesz w tym wszystkim zupełnie sama. Nie ma takiej szkoły, w której możesz nauczyć się być sobą; nie ma kierownika, który krok po kroku pomoże ci znaleźć właściwą odpowiedź. 

Odkąd zobaczyłam książkę "Dziewczyna, którą nigdy nie byłam" Caitlin Moran wiedziałam, że będę musiała ją kiedyś przeczytać. Jedynie różowy kolor okładki mnie zniechęcał. Do teraz nie mogę zrozumieć, dlaczego ktoś wybrał właśnie ten kolor do polskiego wydania. Tym bardziej, że w oryginale szata graficzna jest ta sama, choć na zielonym tle (zdecydowanie trafniejszym). Ale podobno książki po okładce się nie ocenia, a więc... 

Ziemia jest skrzynią skarbów, w której pełno jest ludzi, miejsc, piosenek, i codziennie możesz w niej zanurzyć swoje ręce i wydobyć jakąś nową, śmieszną, doskonałą rozkosz i przyjemność.

Książka opowiada o Johannie Morrigan, która pochodzi z ubogiej rodziny robotniczej. Żyją z zasiłku otrzymanego przez oszustwo ojca, a teraz to jedyne źródło utrzymania rodziny mogą stracić właśnie przez córkę. Johanna postanawia nikomu nic nie mówić, ale wymyśla sposoby, dzięki którym mogłaby podreperować budżet rodziny. Co może robić jednak małoletnia dziewczyna z nadwagą, która ma obsesje na punkcie seksu i wzdycha do bohaterów swoich ukochanych książek? Udaje jej się zgarnąć nagrodę za napisany wiersz, a związany z nim występ w telewizji okazuje się totalną katastrofą. Wtedy już wie, co powinna zrobić. Musi stać się dziewczyną, którą nigdy nie była. Kreuje Dolly Wilde i wkracza w nowy świat muzyki.

Samookaleczenie - świat i tak cię skrzywdzi, nie ma sensu go ubiegać. 

Obawiałam się, że książka okaże się być nie w moim guście - trochę już za późno na książki o dojrzewaniu. Ponadto martwił mnie feminizm autorki. Odkąd miałam wykłady z panią profesor-feministką (ona powiedziałaby profesorką), unikam takich kobiet, jakby były źródłem wszelkiego zła na świecie. W książce jednak nie ma żadnych feministycznych treści. Uf. 

Właśnie nauczyłam się czegoś nowego: że czasami miłości nie da się zauważyć, bo nie jest ani głośna, ani namacalna. Czasem miłość jest anonimowa. Czasem miłość milczy. Stoi sobie spokojnie, gdy ty nazywasz ją pizdą; gryzie się w język i czeka. 

Okazało się też, że nie jest to zwykła powieść o dojrzewaniu, a dorośli, szczególnie ci młodsi, mogą z niej sporo wynieść. "Dziewczyna, którą nigdy nie byłam" to bardziej lektura o tworzeniu siebie, byciu sobą, poczucia autentyczności, wchodzenia w dorosły świat oraz o zachowywaniu granicy pomiędzy sobą a światem zewnętrznym i maską roli, w jaką się wcielamy. Normalnie bohaterka, jaką jest Johanna, irytowałaby mnie do tego stopnia, że rzuciłabym książką o ścianę i już do niej nie wróciła. Tymczasem autorka tak świetnie ją wykreowała, że dziewczyna stała się niebanalnym przykładem na to, co dzieje się w głowie nastolatki. Bardzo świetnie uchwycony został proces zmian u osoby, która małymi krokami staje się dorosła - nie tylko zmian na tle seksualnym, ale też psychicznym.

Chcę zrobić wspaniałego. Coś wielkiego. Tak jak to robią mężczyźni. 

Książka jest świetnym obrazem minionych lat, dawnej mody, ówczesnej subkultury i muzyki wszelkich gatunków. Znalazły się też fragmenty o scenie politycznej oraz zmianach, jakie zachodziły w tamtych latach. Życie społeczne także zostało świetnie odwzorowane. Autorka zadała sobie trud, aby przytoczyć trochę informacji o kosztach utrzymania, cenach, wyglądzie sklepów oraz pokwapiła się o dokładnie wyliczenie zasiłku, jaki mogła pobierać wielodzietna rodzina Morriganów. 

Dlaczego jeszcze nie wynaleźliśmy sposobu na dowiedzenie się, czy ktoś się w nas kocha?

Nie ukrywam, że powodem, dla którego sięgnęłam po książkę była muzyka. Wplecenie autentycznych zespołów oraz muzyków jest największym atutem pozycji. Tym bardziej, że jest to znajoma mi scena muzyczna. Zirytowała mnie jedynie krytyka jednego z moich ulubionych zespołów - The Sisters of Mercy, ale trochę dystansu dobrze mi zrobiło. 

Mam dużo czasu. Kiedy ma się siedemnastkę, dni są jak lata. Przez dwudziestką masz miliard szans, żeby żyć, umrzeć, a potem odrodzić się na nowo. To jedyna pozytywna rzecz w byciu młodym. Masz jeszcze dużo czasu, żeby wszystko naprawić. 

Jednym minusem książki jest mała wyrazistość już na samym końcu. Postać matki głównej bohaterki za bardzo się rozmywa, staje się nijaka. Budżet rodzinny też nie był już tak dokładnie obmyślony, bo nagle znalazły się pieniądze na wyjazdy do Londynu. Zabrakło mi też reakcji rodziców na przebywanie Johanny nocami z dala od domu. 

Najlepiej nie mówić nikomu, że ma się doła. Dorastanie polega na tym, by mieć jakieś tajemnice i udawać, że wszystko jest w porządku. 

Nie wiem też, co sądzić o fragmentaryczności książki. Wyraźnie dzieli się ona na kilka sekwencji, więc podział na części i rozdziały był tutaj słuszny. Przejścia między tymi częściami są dość płynne, ale po lekturze jestem wciąż w stanie opowiedzieć książkę bardziej etapami życia głównej bohaterki. 

Powodzenia. Pamiętaj, zawsze wyjeżdżaj tak, jakbyś spotkał swoje przeznaczenie.

Wybaczam jednak "Dziewczynie, którą nigdy nie byłam" te drobne niedociągnięcia i wszystkim gorąco polecam tę powieść. Będzie to świetna książka dla osób dorastających, a także niesamowite wspomnienie lat młodzieńczych dla dorosłych czytelników. 

Cynizm koniec końców jest lękiem. Cynizm dotyka twojej skóry, a wtedy zaczyna powstawać gruby czarny pancerz - jak u robaka. Ów pancerz ochroni twoje serce przed rozczarowaniem - ale prawie całkowicie utrudnia ci poruszanie się. Nie możesz tańczyć w tej zbroi. Cynizm zawsze przykuwa cię do miejsca, w tej samej pozycji, na zawsze.

Przeczytane: 13.02.2017
Ocena: 7/10


2/12/2017

2/12/2017

Sabaa Tahir "Ember in the Ashes. Imperium Ognia"

Sabaa Tahir "Ember in the Ashes. Imperium Ognia"
Ale bezpieczeństwo to złudzenie, któremu nigdy nie ulegam. 

Zamknij oczy i wyobraź sobie, że zmierzasz do innego świata, a kiedy unosisz powieki, nie znajdujesz się w rzeczywistości, w której kiedykolwiek chciałbyś się znaleźć. To Imperium, w którym nikt nie nauczył Cię- jako jednego ze Scholarów- czytać, pisać, liczyć. Szkoła nie jest dla Ciebie. Chyba że jesteś Wojanem, Wybranym. Wówczas znajdujesz się w Czarnym Klifie pod okiem srogiej komendantki, gdzie nie masz twarzy- jesteś jedynie Maską. Niezależnie od tego, w którym miejscu Imperium się znajdziesz, i tak będziesz zniewolony. 

Szubienice są puste, ale dzień przecież dopiero się zaczął.

"Ember in the Ashes" to historia przeplatana rozdziałami z perspektywy losów dwójki bohaterów, których drogi w końcu się krzyżują. Laia to Scholarka, której życie nagle przewraca się do góry nogami. Pewnej nocy jej dom odwiedza Maska z oddziałem żołnierzy. Zabijają oni jej dziadków, a brata zabierają do więzienia, gdzie planują go torturować, aby uzyskać informacje o ruchu oporu, w którym kilkadziesiąt lat temu walczyli ich rodzice, a w którego szeregi podobno miał wstąpić Darin. Laia ucieka, ale szybko pojmuje swój błąd. Z kolei Elias to znienawidzone przez matkę dziecko, które z czasem pokonało własne słabości i stało się najlepszym aspirantem. Już za kilka dni ma ukończyć szkołę i stać się jednym z najgroźniejszych żołnierzy- Maską. Ale czy tego właśnie chce? Wykonywanie egzekucji w imię Imperium nie daje mu wolności, jaką chciałby mieć. Czy ucieczka z przerażających murów szkolnych podaruje mu życie, jakie chciałby toczyć? Coś zupełnie innego zostaje mu przepowiedziane... 

Dostrzec we wrogu człowieka. To najgorszy koszmar generała. 

Jeśli miałabym wskazać książkę, która najbardziej mnie zawiodła, wskazałabym właśnie tę pozycję. Owszem, wiedziałam, że to kolejna szlachetna opowieść dla młodzieży, spragnionej ideałów i dążenia do sprawiedliwości przez przeciwstawianie się tyranii. Ale, prawdę mówiąc, spodziewałam się zdecydowanie wyższego poziomu. Książka nie jest zła, jednak nie jest też tak niesamowita, jak zapewnia wydawca. Jeśli ktoś czytał coś w podobnym nastroju, bez łez może odpuścić sobie lekturę. 

Czy to oznacza, że w życiu pozagrobowym będę chodził bez głowy? - zastanawiam się głupio. To byłoby niesprawiedliwe...

Laia zasługuje na porównanie do Belli ze "Zmierzchu" i nagrodę najbardziej irytującej bohaterki. Jej "filozoficzne" wywody w rozdziałach napisanych z jej perspektywy są infantylne i nużące w opozycji do historii Eliasa, która jest zdecydowanie bardziej porywająca. Więc narracja pierwszoosobowa raz jest wadą, a raz zaletą. Przeciągnę ją jednak na stronę zalet, gdyż dzięki temu można poznać dwa punkty widzenia, dwie relacje zdarzeń, które mają miejsce w książce. Niemniej, czas teraźniejszy od samego początku działał mi na nerwy. Akcja nie działa się dynamicznie, więc autorka mogła odpuścić sobie ten zabieg. 

W Czarnym Klifie nie ma cmentarza. W otoczeniu tych murów jedyne, co pozostanie po poległych, to pustka tam, gdzie chodzili, i cisza tam, gdzie rozbrzmiewały ich głosy. 

Styl pisarki także pozostawia wiele do życzenia. Już od pierwszych zdań nie mogłam doczekać się, aż w końcu skończę czytać to, co czytałam już tysiące razy... Choć muszę przyznać, że im dalej, tym lepiej. Wydarzenia zaczęły się rozkręcać i przyjmować mniej oczekiwany obrót. Na pewno na brawa zasługuje męska decyzja o uśmierceniu niektórych bohaterów. 

Trup jest trupem, nieważne z jakiego powodu. 

Mocną stroną i miłym akcentem jest otwarte zakończenie. Jak dla mnie w ten sposób mogą w ogóle uciąć się losy dwójki bohaterów, aby każdy z czytelników mógł dopisać im własną historię. Ciągnięcie tego cyklu dalej będzie tylko zepsuciem intrygującego finału. 

Nigdy ich nie zapomnisz, nawet po wielu latach. Ale nadejdzie dzień, kiedy przez całą minutę nie będziesz czuła bólu. Potem przez godzinę. Przez cały dzień. Tak naprawdę to wszystko, o co można prosić.

Pomimo że wysnułam aż tyle zastrzeżeń względem "Ember in the Ashes", nie jest to pozycja najgorsza. Młodzież jest obecnie karmiona jeszcze mniej wartościowymi książkami. Owszem, nie posiada do zaoferowania zbyt wiele, jednak niesie pewne wartości, o których dziś się zapomina- honor i szlachetność, dlatego polecam ją młodszym czytelnikom.

Strach będzie Twoim wrogiem tylko wtedy, gdy mu na to pozwolisz.

Przeczytane: 12.02.2016
Ocena: 5/10


1/17/2017

1/17/2017

Michelle Falkoff "Playlist for the Dead. Posłuchaj, a zrozumiesz"

Michelle Falkoff "Playlist for the Dead. Posłuchaj, a zrozumiesz"
Przez ostatnie kilka dni na zmianę za nim tęskniłem i nienawidziłem go, czułem się winny i zdruzgotany – właściwie nie wiedziałem, jak powinienem się czuć, oprócz tego, że jakoś inaczej.

Już sam tytuł książki "Playlist for the Dead" sprawił, że chciałam ją przeczytać. Opis na odwrocie okładki uzmysłowił mi, że nigdy nie miałam w ręku niczego podobnego, więc postanowiłam się z nią zaznajomić. 

Czasami się martwię, że już zawsze będę się czuł tak samotny, jak teraz.

Tytułowa playlista została ułożona przez Haydena w noc swojej śmierci - dokładniej mówiąc, samobójczej śmierci. Kiedy Sam rankiem znajduje swojego przyjaciela martwego, jego wzrok napotyka też kartkę, dołączoną do pendrive'a. "Dla Sama. Posłuchaj, a zrozumiesz".

Dobre pomysły nic nie znaczą, jeśli nie potrafisz przekazać ich czytelnikom.

Książka jest sprawozdaniem z kolejnych dni nastolatka, który zmaga się z narastającym poczuciem winy. Szybko doszedł do wniosku, że Hayden popełnił samobójstwo właśnie ze względu na niego. Jednocześnie nie może zrozumieć, dlaczego jego jedyny i prawdziwy przyjaciel go opuścił. Jest na niego wściekły, a to w połączeniu z nastającym smutkiem zatacza błędne koło. Chciałby zrozumieć, ale nie potrafi. A składanka piosenek wcale mu w tym nie pomaga. Jednak okazuje się, że dookoła żyją jeszcze inni ludzie, którzy mogą stać się jego przyjaciółmi.

Czasami, gdy ludzi ogarnia złość, wyżywają się na innych, a przecież otacza nas wystarczająco dużo przemocy.

Próbuję pojąć, jak autorka mogła zepsuć tak fantastyczny pomysł na książkę. Wstęp powiedział mi, że będzie to coś, co na pewno mi się spodoba. Myliłam się jednak. Rozdział po rozdziale przekonywał mnie, że patroni książki są odzwierciedleniem jej poziomu. 

Wiedziałam, że już nigdy nie będę tą samą osobą co wcześniej, i było dla mnie ważne, aby wszyscy to zrozumieli.

Czasami jest tak, że nawet najprostsze słowa i pozornie prosta fabuła są nośnikiem pewnych wartości. Tutaj czegoś takiego nie ma. Wszyscy są czarni albo biali, a koniec końców wszyscy i tak zostają usprawiedliwieni i rozgrzeszeni ze swoich czynów. 

Wiele osób pragnie zniknąć. Może im się nawet wydawać, że tak się już stało. Ale ktoś zawsze ich obserwuje.

Dodatkowo spodziewałam się zdecydowanie lepszego doboru piosenek. Niekoniecznie musiały być one związane z tematyką poszczególnych rozdziałów czy w ogóle samobójstwa. Pokładałam nadzieję w tym, że poziom muzyczny będzie choć o dwa stopnie wyższy. 

Gdyby miał chociaż minimalną zdolność do autorefleksji, dokonałby samozniszczenia. 

Jeśli o mnie chodzi - szkoda czasu na książkę. Na jej korzyść przypada tylko fakt, że szybko i lekko (o ironio) się ją czyta.

Tego właśnie nauczyła mnie ta składanka: jak ważne jest słuchanie. Mam nadzieję, że robię to coraz lepiej.

Przeczytane: 30.01.2016
Ocena: 3/10


11/23/2016

11/23/2016

Maggie Stiefvater "Król kruków"

Maggie Stiefvater "Król kruków"

Nie ma powodu bać się nieżyjąch ludzi.

Kiedy kilka lat temu po raz pierwszy spotkałam się z Maggie Stiefvater (przy wciąż niedokończonym przeze mnie cyklu "Wilkołaki z Mercy Falls"), wiedziałam już, że kiedyś znów się z nią zobaczę. Okazja nie nadarzyła się zbyt prędko, ale w końcu znów miałam w rękach książkę tejże autorki. Tym razem był to "Król Kruków", rozpoczynający serię niezwykłych losów piątki przyjaciół.

- Przeznaczenie - odparła Blue, patrząc gniewnie na matkę. - Nie za ciękie słowo, tak przed śniadaniem?

Miasteczko Henrietta to miejsce pełne magii. Wie o tym doskonale Gansley, który od lat podróżuje tropem czarów, a w szczególności linii mocy oraz wszystkim, co dotyczy uśpionego króla Glendowera. Odkąd zamieszkał w tym miasteczku, towarzyszami jego poszukiwań zostali koledzy z prywatnej szkoły Aglionby - Ronan, Adam i Noah. Każdy z nich jest zupełnie inny, każdy z nich jest pewnego rodzaju rozbitkiem. Kiedy nagle pojawia się Blue - ekscentryczna dziewczyna z domu pełnego wróżek - poszukiwania przyśpieszają, a ona sama wkomponowała się idealnie w paczkę przyjaciół. I choć to Adam obdarza ją szczególną uwagą, dziewczyna musi uważać, aby nigdy nie pocałować Gansley'a. Jej współlokatorki postawiły już wyrok - zabije chłopaka, którego pocałuje. Nie wyobraża sobie, aby mogła zakochać się w uczniu Aglibory, ale wizja podczas wigilii świętego Marka jest wyraźna - Gansley w ciągu najbliższego roku ma umrzeć.

Trzeba rozumieć, że są częścią większej całości. Niektóre sekrety odsłaniają się tylko przed tymi, którzy są ich warci. 

Spodziewałam się czegoś w stylu "Drżenia" - historii miłosnej ze smutkiem, tajemnicą i zjawiskami paranormalnymi w tle. Dostałam jednak coś zupełnie innego, zdecydowanie lepszego. Pani Stiefvater pozytywnie mnie zaskoczyła, choć już od dawna wiedziałam, że jest nietuzinkowa. 

- Gdzie znalazłeś tego ptaka?
- W swojej głowie.
- Niebezpieczne miejsce - zauważył Noah.

"Król kruków" nie jest żadnym romansem paranormalnym, choć może opis właśnie na to wskazuje. To powieść o poszukiwaniach, o byciu kimś więcej, niż przewidział dla nas los, o stawianiu czoła przeszkodom, o nieustannym dążeniu do bycia się sobą. A przede wszystkim - o przyjaźni, która wciąż wystawiana jest na próby. 

Ludzie byli najgłośniejszymi zwierzętami, nawet wtedy, kiedy starali się być cicho.

Choć tajemnica oraz jej pozorne rozszyfrowanie obecne są już na pierwszych stronach, w ostatnim rozdziale wciąż nadal zostaje wielka niewiadoma. Autorka świadomie nie podaje wszystkiego na tacy i doskonale wie, co robi, aby wciągnąć czytelnika w magiczny świat. Kolejny raz przekonałam się, że książki młodzieżowe są idealnym treningiem wyobraźni. To, co Maggie Stiefvater dla nas przygotowała jest po prostu magiczne. Ponadto jej styl jest niezwykle charakterystyczny, dialogi przepełnione są humorem, a bohaterowie wyraźni i zupełnie różni. Akcja toczy się tak, że czytelnik dopiero pod koniec książki jest w stanie zorientować się, że tyle tekstu ma już za sobą. I te niespodzianki!

- Czy to jest bezpieczne? - zapytała.
- Bezpieczne jak życie - odparł Gansey.

Poza tym magiczne rytuały i sprawa linii mocy jest tak dokładnie wyjaśniona, że nawet laik może zorientować się o co w tym wszystkim chodzi. Wielki ukłon w stronę autorki za jak szczegółowe zbadanie tematu oraz przedstawienie go w bardzo przystępny sposób. Należy tutaj wspomnieć nie tylko o liniach mocy oraz różnych magicznych zjawiskach, ale także o wciąż przytaczanej łacinie.

- Od dziś - pomyślała - nie interesuje mnie przepowiadanie przyszłości. Wolę ją przeżywać. 

Polecam, polecam i jeszcze raz - polecam. Ja tymczasem muszę wytrwać w niecierpliwości do kolejnego spotkania z bohaterami "Króla Kruków", choć tym razem w okolicznościach drugiego tomu tego cyklu.

I nie chcę dyskredytować tego, czym się zajmujecie. Ale właściwie nie przyszedłem tu po to, żeby poznać swoją przyszłość. Nie mam nic przeciwko odkrywaniu jej samemu.


Przeczytane: 26.10.2015
Ocena: 9/10



11/02/2016

11/02/2016

Rachel Van Dyken "Utrata"

Rachel Van Dyken "Utrata"
Może nie perfekcja życia, a jego chaos sprawia, że rzeczy nabierają znaczenia?

Podobno jakieś dwa lata temu panowało wielkie wzięcie na serię "Zatraceni" autorstwa Rachel Van Dyken. Nie gustuję w literaturze bardziej romansowej, a nowy gatunek New Adult także traktuję z przymrużeniem oka. Jednak cena, a także pochlebne informacje, skłoniły mnie do zakupu pierwszej części tego cyklu. 

Nie musimy się więc bać, że braknie nam czasu, bo mamy czas w sobie. 

"Utrata" to historia Kiersten, która właśnie przyjeżdża do na Uniwersytet Waszyngtoński. Dziewczyna chce rozpocząć nowe życie, choć demony przeszłości nie dają jej o sobie zapomnieć. Wciąż nie pogodziła się ze stratą rodziców, a w miarę normalne funkcjonowanie zapewniają jej leki antydepresyjne. Już swojego pierwszego dnia na uczelni wpada na przystojnego Westona, który, jak się później okazuje, jest jej opiekunem roku. Dlaczego bogaty chłopak miałby zajmować się taką pracą? Czy ma to związek z piętnującymi plotkami na jego temat? A może chodzi o coś innego, znacznie gorszego? Dlaczego raz wykazuje świetną kondycję, dzięki której pełni rolę kapitana drużyny futbolowej, a raz jego stan gwałtownie się pogarsza?

Jasne, kobiety i myślenie. To nigdy nie oznacza problemów. 

Przyznam, że ponad połowę książki przebrnęłam z myślą "nie jest najgorzej, nawet może być" i nie oceniłabym ją na więcej niż 5 w skali od 1 do 10. Ot, historia jakich wiele w ówczesnej literaturze tego pokroju. Zagubiona dziewczyna i przystojny chłopak. Banał. Tytułowa utrata? Ach, pewnie ją zostawi. Ewentualnie ona jego, bo przecież jakie biedactwo nie zasługuje na takiego boga. Tutaj jednak wszystko wygląda inaczej. Choć motyw jest doskonale znany, to jednak w pewnym momencie coś się zmienia.

- Życie pełne jest tych trzech. 
- Trzech?
- Gdybym, powinienem i mogłem. 

Jak już wspomniałam - banał trwa dość długo. Banał do kwadratu, gdyż autorka często sama sobie przeczy. Zachowanie postaci też wygląda na irracjonalne - zachowują się jak para, a jednak mówią (nawet nie udają!), że nie są w sobie zakochani, jednocześnie wyrażając wielki zachwyt i zainteresowanie drugą osobą. Bohaterowie drugoplanowi są bardzo wyraźni, choć może zbyt jaskrawi i nienaturalny. Trochę przesady w ich kreacji. 

I wiedzieć, że w tej chwili... nie ma żadnego "gdybym", "powinienem" i "mogłem", a ty jesteś dokładnie tam, gdzie chce tego wszechświat. 

Akcja toczy się dość wartko, język jest przyzwoity - powiedziałabym, że zwyczajny, ale jeszcze na poziomie. Choć może nie jest specjalnie skomplikowany, to jednak pokuszono się o kilka bardziej ambitnych słów. Narracja w pierwszej liczbie osoby pojedynczej, pisana z perspektyw dwóch głównych bohaterów - to jest to, co lubię. Jednakże akcja także jest odrobinę przerysowana. Wszystko dzieje się z przesadą. Pojawia się kilka wręcz irytujących rzeczy - zaproszenie na bal maturalny wygląda jak zaręczyny, mecz drużyny futbolowej ma większą skalę od mistrzostw, a lekarze nie zakazują alkoholu podczas pobytu w szpitalu i kilka godzin przed skomplikowaną operacją.

To, że potrzebujesz pomocy, żeby poradzić sobie z problemami, nie czyni się słabszą. Naprawdę słab są ci, którzy nie potrafią przyznać się, że potrzebują pomocy. Ludzie, którzy nie potrafią przyznać, że nie poradzą sobie sami. To oni są słabi. Prosząc o pomoc i przyjmując ją, przyznałaś się do swojej słabości, a przez to pokazałaś, jak jesteś silna. 

Jednak rozumiem przesadę w tej książce. Musicie wiedzieć, że w pewnym momencie powiastka biegnie wokół tematu utraty bliskiej osoby już na zawsze. To choroba i śmierć mogą rozłączyć bohaterów. I chociaż nienaturalność jest infantylna, to książkę oceniam wysoko. Bohaterowie potrafią zagrzewać do walki na wszelkich polach. Choroba jednego człowieka wpływa na życie wszystkich dookoła. Ludzie żyjący obok chcą zasługiwać na życie, co prowadzi do pozytywnych zmian.

Może nic mi się nie śniło dlatego, że choć raz w życiu moje życie przypominało piękny sen. 

Przede wszystkim książka góruje motywacją. Wiem, że jest w tym przesada, wiem. Ale przedstawiona w ten sposób ogromna i niezachwiana wiara motywuje do zdrowia. Autorka wcale nie odnalazła się w historii romansu, a właśnie w chorobie i bólu. Dlaczego? Musicie wiedzieć, że ta pozycja została napisana z potrzeby serca i niesienia ducha walki. 

Żegnaj - ktokolwiek wymyślił to słowo, powinien smażyć się w piekle. 

Rachel Van Dyken zamieściła na końcu swojej książki skromne podziękowanie. Wpis traktuje o tym, że książka jest dedykowana jej wujkowi, którego postać pojawia się tez w książce. Jednak ten prawdziwy wujek walczy z rakiem. Osoba bardzo bliska, a zarazem niesamowicie pozytywny dla wszystkich człowiek z otoczenia kobiety. Chociaż poświęciła wujkowi zaledwie kilka słów, są one przepełnione niesamowitym ciepłem i miłością. Poza tym autorka postanowiła przeznaczyć pieniądze ze sprzedaży pierwszych egzemplarzy książki właśnie na wujową walkę z rakiem. I nie, Rachel nie wzbudza litości. Owa informacja nie znajduje się na okładce, a na samym końcu w podziękowaniach, których prawie nikt nie czyta. Mam wrażenie, że autorka zdawała sobie z tego sprawę, ale nawet w tak istotnej kwestii nie chciała emocjonalnie manipulować czytelnikami. Postawa godna naśladowania.

Dzięki dziewczynom takim jak ty istnieją tacy faceci. 

Przyznam, że właśnie za tę postawę byłabym skłonna dać bardzo wysoką notę tej lekturze, jednak mam na celu ocenienie właśnie książki, a nie autorki - tym bardziej, że Rachel Van Dyken pisze całe mnóstwo różnych historii. Dlatego też ocena jest taka, jaką jest.

Słabość to tylko ból, który opuszcza nasze ciało.

Czy książkę polecam? Z całego serca. Nie sugerujcie się dość niską oceną - jest ona bardziej obiektywna, to wszystko. Sama historia jest warta poznania. 

Czas był dla mnie najcenniejszą rzeczą na świecie, a ja oddałem go jej. Ponieważ zakochałem się w tej dziewczynie. Bo zależało mi na niej. Chciałem ofiarować jej coś, dzięki czemu mnie zapamięta; nawet jeśli z czasem te wspomnienia zbledną. Czas, cóż za przerażające słowo. 



Przeczytane: 20.10.2016
Ocena: 6/10



Copyright © Satukirja , Blogger