Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura piękna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura piękna. Pokaż wszystkie posty

6/20/2022

6/20/2022

Anja Snellman "Dziewczynki ze Świata Maskotek"

Anja Snellman "Dziewczynki ze Świata Maskotek"



Dla niektórych osób życie to poszukiwanie gratyfikacji, gdzie tylko i u kogo się da. 

"Dziewczynki ze Świata Maskotek" nie są najnowsza książką, jednak wciąż aktualną. Aktualną, trudną i boleśnie prawdziwą. 

Świat Maskotek to świat młodych dziewczyn z dobrych domów. Pięknych, wesołych, energicznych, pracowitych. To świat sklepu zoologicznego, w którym można po szkole dorobić, dbając zwierzęta. Trzeba jednak pamiętać, aby nie przekarmić podopiecznych, bo, jak informuje kierowniczka sklepu, klienci nie lubią zbyt grubych zwierzątek. Dziewczęta śmieją się, wciąż nieświadome podtekstu szefowej.

Wreszcie Świat Maskotek to świat dzieci, zwinnie i stopniowo wplątywanych w prostytucję i pornografię. To wciąż ten sam świat sklepu zoologicznego, który jest tylko przykrywką usług na zapleczu oraz całego handlu ciałem w magazynie. To świat świecidełek, słodkich gum balonowych, amerykańskich idoli nastolatek, owocowych błyszczyków, pragnienia aprobaty, najnowszych torebek, markowych ubrań, pieniędzy na wycieczkę do Miami. To świat, który dziewczęta mają na wyciągniecie dłoni - najpierw za pomoc przy szynszyli, później za szybkie usługi na zapleczu, z czasem sesje zdjęciowe i tańce na rurze, ostatecznie za całkowite i bezsprzeczne posłuszeństwo wobec klienteli szefa. To świat, w którym po wymierzonym ciosie dziewczyny stają się znów dziećmi i płacząc, wzywają rodziców. To świat, w którym te dzieci znikają, zanim rodzice zdążą się zorientować, że ich córki się zmieniły. 

Ta książka jest trudna nie tylko ze względu na tematykę, ale tez ze względu na sposób prezentacji historii Jasmin, która zaginęła dwanaście lat temu. Teraźniejszość plącze się z przeszłością, która nie jest przedstawiona w sposób chronologiczny. Narracja się zmienia i przeplata - dominuje w niej bezpośrednia spowiedź zaginionej oraz fragmenty z książki jej matki. Oprócz tego głos zabiera również porywacz Jasmin i ochroniarz klubu. To wszystko sprawia, że "Dziewczynki ze Świata Maskotek" są pełne domysłów i niedopowiedzeń, a czytelnik podczas czytania układa sobie w głowie całość, aż na sam koniec otrzymuje istotne elementy układanki. 

Z różnych punktów widzenia najbardziej wyrazistym jest punkt widzenia matki zaginionej, która niedawno przeżyła śmierć miłości swojego życia. Jej emocje są przedstawione za pomocą fragmentów jej książki - opisuje w niej zdarzenia z dnia, w którym zdała sobie sprawę z zaginięcia córki. Emocja za emocją, zdarzenie za zdarzeniem, myśl za myślą, a tle kolejne wizyty jej pacjentek, których nie mogła odwołać. Emocjonalność tego zaznania jest mocna jak refleksje i bezpośredniość Jasmin. 

Książka jest dzięki temu również bardzo prawdziwa. Cały czas miałam wrażenie, że czytam książkę biograficzną. Ale to nie miałoby miejsca, gdyby nie świetna praca autorki. Anja Snellman wykonała ciężką pracę, docierając do osób, które z tematem prostytucji, kolonializmu, prostytucji i handlu ludźmi spotykają się na co dzień. Dotarła do śledczych, fundacji, teologów, historyków aż w końcu do ludzi, którzy w różnej formie zatrudnieni byli lub są w sektorze rozrywki dla dorosłych i seksbiznesie. Właśnie tak duży reseach sprawił, że książka była realna i zobrazowała zwinne działanie zaplecza tego przemysłu. 

Epilog tej książki dla wszystkich, bez wyjątku. Autorka przedstawia temat z stron, także pod kątem historycznym. Pokazuje, że niektóre zmiany społeczne względem prostytutek wcale nie są nowe - to już się kiedyś wydarzyło, a historia zatacza koło. Anja Snellmann nie wyczerpuje jednak tematu. Zamiast za to w podziękowaniach zostawia czytelnikowi najtrudniejsze pytanie, które burzy całkowicie spojrzenie na temat - "kto jest ofiarą?". Czytelnik zostaje z emocjami i pytaniami, z którymi być może w obronie przed samooceną nie chce się mierzyć. 

Wydawnictwo: Świat Książki.
Data wydania: 26.01.2011
Liczba stron: 269
Ocena: 9/10

5/01/2022

5/01/2022

Sally Rooney "Gdzie jesteś, piękny świecie"

Sally Rooney "Gdzie jesteś, piękny świecie"

"Gdzie jesteś, piękny świecie" było moim pierwszym spotkaniem ze słynną Sally Rooney. Nic dziwnego, że moje oczekiwania sięgały wysoko - o autorce słyszałam sporo dobrego. Ale czy książka okazała się spełniać te oczekiwania? 

Alice - znana w różnych zakątkach świata pisarka - poznaje Felixa, który żyje w zupełnie innej rzeczywistości, składającej się z imprez, przygodnych kontaktów z nieznajomymi oraz fizycznej pracy w magazynie. Tymczasem jedna ze znajomych Alice wychodzi za mąż, a jej najlepsza przyjaciółka Eileen zaczyna flirtować z ich wspólnym przyjacielem Simonem. 

Powieść miała dotyczyć miłości w gronie przyjaciół młodych dorosłych. Tymczasem okazuje się, że bohaterowie są w wieku około trzydziestu lat. Jedynie Felix jest młodszą postacią, z kolei Simonowi bliżej już do czterdziestki. Ta kwestia zupełnie zmienia postać rzeczy i wpływa na grupę odbiorów tej książki. Inni czytelnicy sięgają po powieści o osobach dopiero wkraczających w dorosłość, a inni po powieści osób bardziej doświadczonych dorosłym życiem i przekraczającym magiczny próg trzydziestki. 

To właśnie sprawiło, że dostałam trochę inną historię, niż się spodziewałam. Z całą pewnością lepszą dla mnie i bliższą mojemu sercu. Rozterki bohaterów były mi znajome, bardzo często podejmowali oni decyzje kluczowe względem całego swojego życia - zarówno pod kątem podsumowania młodości, zerwania z młodzieńczymi przyzwyczajeniami, jak i wkroczeniu w dojrzalszy i bardziej świadomy etap. To nie jest książka o młodości. To książka o względnym pożegnaniu młodości oraz odpowiadaniu na egzystencjalne pytania "Kim jestem?" i "Gdzie jest mój piękny świat?". Autorka cudownie uchwyciła moment, kiedy człowiek myśli, że młodość już przeminęła, chociaż ona wciąż trwa - nawet jeśli ów człowiek się zmienia. 

Jestem szczególnie zachwycona kreacją bohaterów. Każdy z nich jest indywiduum - każdy ma swoją niepowtarzalną historię, swoje poglądy, swój styl zachowania, a nawet swój styl wypowiedzi oraz swój zasób słownictwa. Zwracam na to uwagę, ponieważ w takich powieściach jestem bardziej zaangażowania w losy każdej postaci, a nie tylko w ogólną fabułę. 

Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że powieść dzieli się na dwie części, a moje słowa uznania dotyczą tylko tej drugiej. Przez niemalże połowę książki, czułam się, jakbym czytała ploteczki przyjaciółek, które w listach wymieniają się sztuczną i nieszczerą uprzejmością. Listy były jedynie przerywnikami ich podbojów miłosnych oraz rozterek emocjonalnych na dość niskim poziomie. "Gdzie jesteś, piękny świecie" nie jest więc dla mnie miłością od pierwszych stron - wciągnęłam się dopiero po prawie dwustu stronach, ale absolutnie warto było wytrwać i dokończyć tę niezwykle plastyczną opowieść. 

Dla mnie to książka o budowaniu poczucia własnej tożsamości, bez względu na wiek. Bohaterowie zmieniają się w przeciągu fabuły i definiują się na nowo, zrywając z czasami studenckiej młodości - patrzą na siebie bardziej holistycznie, nie tylko poprzez wiek, którego tak kurczowo się trzymali. 


Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 09.03.2022
Liczba stron: 367
Ocena: 6/10

Opinia powstała w ramach współpracy z wydawnictwem. 

10/13/2021

10/13/2021

Goliarda Sapienza "Spotkanie w Positano"

Goliarda Sapienza "Spotkanie w Positano"


Trudno się opowiada o wielkiej miłości, kiedy się kończy, zwłaszcza o miłości narodzonej tak dawno temu. 

Positano to miejsce absolutnie wyjątkowe. Kamieniste zbocza, oprószone domkami z kolorowymi dachami. Skały przebijające spomiędzy intensywnej zieleni drzew oraz różu kwitnących krzewów. Słońce nadające Morzu Tyrreńskiemu niezwykłej głębi. To wszystko robi niezwykłe wrażenie, kiedy mija się kolejne piętra zabudowy, jadąc krętymi, wąskimi drogami. 

Nie bez przyczyny na miejsce powieści Goliarda Sapienza wybrała właśnie Positano. Choć jest to Positano odrobinę inne - starsze, mniej turystyczne, mniej zabetonowane. Kameralne i włoskie. To właśnie w takich okolicznościach poznają się dwie niezwykłe kobiety, będące swoim przeciwieństwem. 

Goliarda Sapienza w niezwykły sposób przedstawiła miasto, którego już nie ma. Plastyczne opisy kolorowego miasteczka łapią za serce, nawet jeśli są odrobinę przydługie. Przedstawiony obraz jest bardzo filmowy, także ze względu na wątki autobiograficzne. 

Obraz dotyczy nie tylko miejsca, ale przede wszystkim ludzi. Autorka z niezwykłą lekkością oddała pełnie włoskiego społeczeństwa - relacje ludzi w małym miasteczku oraz ich wzajemne uwikłania. Historie tych ludzi są różne, a każda z nich na swój sposób jest ciekawa, przy czym ich portrety psychologiczne są znakomicie zarysowane. Jednocześnie każdy z nich jest wyraźną indywidualnością i częścią zbitej grupy. 

Ta historia nie miałaby sensu, gdyby nie dwie zupełnie odmienne kobiety. Różne charaktery, różne kultury, różne sposoby życia, różne poglądy, różne historie, różne potrzeby - a mimo to rodzi się między nimi specyficzna więź silnej przyjaźni. To właśnie na ich przyjaźni oscyluje cała powieść, choć ich przyjaźń przybiera różne formy. W ich relacji jedno pozostaje niezmienne - spotkania w Positano. 

Ta opowieść jest wyjątkowa, choć nie należy do łatwych. Trudne historie życia dwóch tak różnych kobiet, intrygi, zagadki, morderstwo, miłość, romans i upadek bogatej włoskiej rodziny to tylko niektóre smaczki "Spotkania w Positano". 

Wydawnictwo: Mova
Data wydania: 28.07.2021
Liczba stron: 206
Ocena: 7/10

10/10/2021

10/10/2021

Victoria Mas "Bal szalonych kobiet"

Victoria Mas "Bal szalonych kobiet"


Czemu powszechnie akceptuję się wiarę w Boga, a potępia wiarę w duchy? 

Choroby psychiczne od zawsze budzą emocje, a historia pokazuje, że chorzy byli traktowani różnie - najczęściej, niestety, w sposób uwłaczający człowiekowi. Mam wrażenie, że mimo powszechniejącej wiedzy z zakresu zdrowia psychicznego, pomoc psychiczna lub psychologiczna w książkach fabularnych jest mocno demonizowana. Jak to jest w przypadku "Balu szalonych kobiet"? 

W tej powieści krzyżują się losy kilku kobiet z różnych grup społecznych. Punktem łączącym ich historie jest budzący niepokój wszystkich paryżanek szpital Salpêtrière, który specjalizuje się w leczeniu kobiet chorych psychicznie. Pacjentki w nim zamknięte, zazwyczaj już nigdy nie zaznają wolności. To więzienie, w którego korytarzach rozbrzmiewają krzyki, płacze, śmiechy obłąkanych. 

Victoria Mas w sposób zdumiewający nakreśliła obraz ówczesnego społeczeństwa paryskiego i francuskiego w ogóle - szczególnie ważnym aspektem jest sposób traktowania ludzi innych, odmiennych, a w szczególności kobiet, które nie podporządkowywały się władzy mężczyzn. Rewelacyjnie przedstawiła stereotypy, na których bazowały zachowanie i poglądy ludzi z tamtej epoki. Największą przyczyną  mojego zachwytu jest jednak udana próba zaprezentowania dominujących teorii mniej lub bardziej naukowych oraz modnych sposobów leczenia. 

Autorce udało się również uchwycić klimat szpitali psychiatrycznych. Chociaż szpitalowi Salpêtrière daleko do miejsca przytulnego, to nie został on przedstawiony jako wrota piekieł. W zależności od pacjentki, mógł on stanowić nawet dom, którego nigdy nie miała. Victoria Mas postawiła na rzetelną kreację, bez dodawania elementów rodem z horroru. 

Jestem oczarowana kreacją bohaterek tej powieści, ich portretów, tak bardzo odmiennych historii, sytuacji, w których się znajdowały. Każda pacjentka zmaga się z innymi problemami psychicznymi, a niektórych z nich zdecydowanie nie można nazwać chorymi - ich problemy są zdecydowanie innej natury, jednak zostały wykluczone przez społeczeństwo. Autorka zadbała o relacje łączące zamknięte kobiety, a także ich więzi rodzinne i kontakty z personelem szpitala. 

Czytelnik zderza się z bolesną prawdą, którą poznają także pacjentki - bardzo często to ludzie z zewnątrz, ich bliscy, są gorsi od samego szpitala. To oni zdecydowali się je izolować, zamknąć przed światem, pozbawić możliwości życia. To społeczeństwo odebrało im możliwości wyrażania i bycia sobą. Na tym tle dokonują się przemiany w niektórych bohaterach, a wątek zmian w powieści został poprowadzony w sposób naturalny i niewymuszony. 

Na uwagę zasługuje również element fantastyki, bardzo kluczowy w odbiorze całej książki. Został on ciekawie wpleciony w fabułę - czytelnik sam nie wie, czy opisywane zdarzenia są prawdziwe, przez co ostatecznie doświadcza pewnego rodzaju utraty zdrowego rozsądku. 

Zdecydowanie polecam "Bal szalonych kobiet". To jedna z najlepszych przeczytanych przeze mnie książek,  nawiązujących do chorób psychicznych i rozgrywających się w szpitalach psychiatrycznych. 

Wydawnictwo: Mova
Data wydania: 29.09.2021
Liczba stron: 240
Ocena: 9/10

7/10/2021

7/10/2021

Vladimir Nobakov "Lolita"

Vladimir Nobakov "Lolita"


Wiesz, w umieraniu najstraszniejsze wydaje mi się to, że człowiek jest zdany tylko na siebie. 

Lo - li - ta. Jedno słowo, trzy sylaby, niezliczona ilość opinii. Czy słynna "Lolita" naprawdę jest aż tak kontrowersyjna? Czy aby na pewno napisana jest w sposób absolutnie wyjątkowy? W końcu postanowiłam sprawdzić to osobiście. 

"Lolita" to opowieść o mężczyźnie, który był gotów zrobić wszystko, aby pozostać przy swojej ukochanej. Brzmi romantycznie, prawda? Jednak nie jest to kolejna słodka historia miłosna. Mężczyzna jest bowiem ojczymem dziewczynki, w której się zakochał, a już na samym początku drogi tego toksycznego związku staje matka dwunastolatki. 

Bez ogródek przyznam, że książka dotyka bardzo delikatnego tematu w sposób pozbawiony delikatności. Chociaż nie ma w niej erotyzmu, wszystko dzieje się przez pociąg dojrzałego mężczyzny do małego dziecka. Poszukiwacze ekstremalnych opisów aktów nie znajdą tutaj nic dla siebie. Jeśli jednak kogoś interesuje wnikliwa analiza umysłu osoby zaburzonej, tutaj znajdzie mnóstwo materiału. 

"Lolita" zaskoczyła mnie świadomością głównego bohatera. Spodziewałam się, że będzie on dokładnie przyglądał się otoczeniu, w szczególności obiektom swoich westchnień. Nie byłam za to przygotowana, na jego ogromną świadomość własnych parafilii. To w połączeniu z narracją pierwszoosobową daje niezwykłe świadectwo z punktu widzenia psychologicznego lub nawet psychiatrycznego. 

Nie da się ukryć, że książka jest trudna. Chociaż mnóstwo w niej delikatnych, dziewczęcych, wręcz sielankowych elementów, to czytelnik czuje się obciążony - nie tylko ze względu na tematykę. Także styl autora to duże wyzwanie - sporo szczegółowych opisów, dokładnie interpretacje, tworzenie własnych teorii, wnikliwe przedstawianie swoich poglądów. 

Czy, mając na uwadze powyższe, rozumiem już fenomen "Lolity"? Niekoniecznie. Czy uważam, że każdy powinien ją przeczytać? Zdecydowanie nie. Nie jest to powieść wybitna ani ze względu na tematykę, ani ze względu na styl autora. 

Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 10.03.2021
Liczba stron: 416
Przeczytane: 08.07.2021
Ocena: 5/10

5/15/2021

5/15/2021

Janina Katz "Chłopiec z tamtych lat"

Janina Katz "Chłopiec z tamtych lat"

- Czy czujesz się... - zawahała się - czujesz, że jesteś harmonijna? - Rzadko słyszałam ją mówiącą coś tak podniosłego. Zastanawiałam się nad odpowiedzią. 
- Nie na tyle, żeby umrzeć tu, na miejscu. Ale na tyle, by mieć ochotę żyć.  


"Chłopiec z tamtych lat" to czwarta powieść Janiny Katz - polskiej autorki żydowskiego pochodzenia, która urodziła się w Krakowie i przeżyła wojnę w ukryciu, a w 1969 roku wyemigrowała z Polski do Danii. Te skąpie i podstawowe dane łączą autorkę z główną bohaterką - Anną. 

Książka opowiada o zawirowaniach życiowych dwóch zupełnie innych osób - Anny oraz Joachima, tytułowego chłopca. Oboje są ofiarami wojny - sierotami, które w niejasnych okolicznościach przetrwały ten trudny okres. Wchodząc w dorosłość, Joachim zrywa ze swoimi pasjami, opuszcza Polskę i poślubia Dunkę, z którą prowadzi zupełnie niepodobne do niego życie - pozbawione jazzu, audycji radiowych, koncertów w pubach, lecz wypełnione naturą, prostotą, chęcią pomocy i śmiechem dzieci. Anna prowadzi tułacze życie, nie mogąc znaleźć swojego miejsca. Jej małżeństwa kończą się fiaskiem, podobnie jak próby wyboru jakiejkolwiek ścieżki życiowej. Jest zmienna, ale na przestrzeni lat nie opuszcza jej pytanie o przeszłość - swoją i swojej rodziny. 

Tej powieści nie trzeba rozumieć na siłę - wystarczy wczuć się w bohaterkę i dać się poprowadzić przez dziwne, pozornie bezsensowne i często niemające nic ze sobą wspólnego wydarzenia. Z kolejnymi stronami dojrzewamy z bohaterką, przechodzimy przez różne etapy jej życia, jednak tej pozycji nie czyta się dla fabuły - tutaj ważne jest uczucie, które pojawia się po ostatniej stronie. 

Jestem pod ogromnym wrażeniem kreacji bohaterów, chociaż ich nie polubiłam. Są jednak wyraźni, wyjątkowi i specyficzni. Każdy jest inny. Wielu autorów zapomina o urozmaicaniu życia bohaterów, przez co nie różnią się znacząco od siebie. Janina Katz zadbała o to, aby każda postać miała swoje życie, swoją osobowość, swoją historię do opowiedzenia, swój sposób myślenia, swój sposób wypowiedzi. W nawiązaniu do chłopca z tamtych lat poznajemy dziewczynę z tamtych lat, ale na niecałych trzystu stronach "spotykamy" wielu wyrazistych bohaterów. 

Historia jest trudna, podobnie jak losy Joachima i Anny. Styl autorki nie należy do najłatwiejszych. Czytelnik pozostaje jednak z czymś bardzo cennym - refleksją. Na ile przeszłość kształtuje tożsamość? Czy wiedza o zapomnianym dzieciństwie i przeszłości bliskich to coś ważnego w naszym obecnym życiu? Jak bardzo sytuacja w kraju i na świecie determinuje nasze codzienne wybory? 

"Chłopiec z tamtych lat" to powieść, którą docenia się dopiero po odłożeniu na półkę i która zostaje w czytelniku na bardzo długo. To książka do przeżywania, nie do przeczytania, dlatego polecam ją głównie dojrzałym czytelnikom. 


Wydawnictwo: Driada
Data wydania: 15.12.2020
Liczba stron: 271
Przeczytane: 3.05.2021
Ocena: 6/10

5/10/2021

5/10/2021

Mario Vargas Llosa, Gabriel García Márquez "Dwie samotności. Dialog mistrzów"

Mario Vargas Llosa, Gabriel García Márquez "Dwie samotności. Dialog mistrzów"


Najlepszy dla pisania jest brak jakichkolwiek problemów. 

"Dwie samotności" to nic innego jak zapisana na kartach książki rozmowa. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że uczestniczyli w niej dwaj przyszli nobliści, kiedy zaczynali odnosić pierwsze sukcesy literackie. O tym, jak spektakularna była to rozmowa, świadczy fakt, że w Polsce książka ukazuje się ponad pół wieku od tego spotkania. 

Jakie było to spotkanie? Patrząc na relacje świadków - magiczne. Sala, na której odbywała się rozmowa, będąca swoistym wywiadem autora z autorem, była wypełniona po brzegi. Debata przekroczyła przeznaczony limit czasu, a i tak wątki nie zostały wyczerpane. Na szczęście, udało zorganizować się jeszcze jedno spotkanie - wówczas sala wypełniła się ponownie, tym razem na długo przed rozpoczęciem rozmowy. W tym wydarzeniu było coś hipnotyzującego, co przyciągało słuchaczy. 

Taki sam jest też zapis tej rozmowy. Książka wciąga, czaruje i wprawia w zachwyt. Znajdziemy tutaj magię, pewnego rodzaju czar i swoistą czułość, a to wszystko połączone z żartem na wysokim poziomie oraz dozą ironii. Dodać do tego trzeba czasami sprzeczne opinie autorów, którzy wykazali się ogromną kulturą osobistą i szacunkiem do swojego rozmówcy. Chociaż nie powiem, niekiedy pojawiają się emocje, ale dodają one szczypty pikanterii do tej plastycznej masy pięknych słów. To wszystko przekłada się na wręcz niespotykany styl rozmowy, lepszy od stylu spotykanego w wielu wyważonych książkach, podczas pisania których autor mógł poświęcić tygodnie, miesiące, a nawet i lata na poszukiwanie odpowiednich słów. 

Znajomość twórczości autorów nie jest potrzebna do lektury "Dwóch samotności", niemniej dialog jest doskonałym dopełnieniem, a nawet i omówieniem literatury obu panów. Warto przeczytać wcześniej najbardziej znane dzieła tych pisarzy nie tylko ze względu na możliwe spojlery, ale też ze względu na możliwość poznania innej interpretacji utworów. 

Jedyne moje zastrzeżenie dotyczy załączonych dodatków - wspomnień słuchaczy, wywiadów z autorami, wstępy do rozmowy oraz opracowania. Mogło być ich zdecydowanie mniej, tym bardziej, że tylko niektóre z nich były naprawdę trafne. Nie umniejsza to jednak wartości całości wydania.

"Dwie samotności" to chwytająca za serce rozmowa, będąca także prawdziwą ucztą dla mózgu. Nie da się ukryć, że polskie wydanie wywołuje również błysk oka - okładka jest naprawdę przepięknie wykonana, a od grafiki trudno odwrócić wzrok. 

Wydawnictwo: Muza, Znak
Data wydania: 21.04.2021
Liczba stron: 176
Przeczytane: 30.04.2021
Ocena: 8/10

2/25/2021

2/25/2021

Han Kang "Wegetarianka"

Han Kang "Wegetarianka"

Dlaczego uważasz, że śmierć to coś złego?

Nie będę ukrywać - uwielbiam książki, które zbierają skrajne opinie. Im więcej i mocniej odbierających od siebie recenzji, tym szerzej się uśmiecham. Książką, która odbierana jest z wielką miłością i wielką nienawiścią, bez wątpienia jest "Wegetarianka" Han Kang. Po tę pozycję chciałam sięgnąć już po "Nadchodzi chłopiec" i w końcu miałam ku temu okazję, a wspomniane różnice zdań bardzo mnie zaskoczyły. 

"Wegetarianka" to opowieść o Yong-hye, która wspólnie z mężem prowadzi zwyczajne życie, pozbawione jakichkolwiek odstępstw od ogólnie przyjętych norm. Pewnego dnia kobieta oznajmia, że przestaje jeść mięso, a ta z pozoru niewinna zmiana wpływa na życie całej rodziny. Jej otoczenie jest zgodnie przeciwstawia się jej decyzji, jednak Yong-hye pozostaje nieugięta. Dokąd jednak to wszystko doprowadzi? 

Powiedzmy sobie jasno - to nie jest lektura o wegetarianizmie, choć sam tytuł na to wskazuje. Owszem, pokazuje jak decyzje żywieniowe wpływają na życie oraz kontakty z innymi ludźmi (bo przecież posiłek to w dużej mierze wydarzenie towarzyskie), a także jak wegetarianizm był odbierany jeszcze kilka lat temu, szczególnie w konkretnej kulturze azjatyckiej. Aż uśmiechnęłam się kwaśno, czytając słowa, które kiedyś sama usłyszałam, gdy odmawiałam jedzenia mięsa. Niemniej, mam wrażenie, że znaczna część przekazu książki zostałaby taka sama, gdyby zmienić temat wegetarianizmu na cokolwiek innego. 

Powieść idealnie przedstawia efekt domina, spowodowany pozornie błahą decyzją jednej osoby. Niczym kafelki domina, życie każdego z bohaterów zmienia się w mniej lub bardziej znaczący sposób. Postanowienie bohaterki ma swoje odbicie w życiu innych - nie zmienia się tylko dieta również jej męża. Niesie to ze sobą wiele jeszcze poważniejszych konsekwencji. Jedną z ich jest rozpad całej rodziny, na czym cierpią więzi niepołączone bezpośrednio z Yong-hye - chociażby linia pomiędzy jej siostrą i matką. Autorka dobitnie pokazała, że osłabienie jednej relacji może spowodować rozpad całej rodziny. 

"Wegetarianka" jest dla mnie ciekawym zjawiskiem pod kątem kulturowym, ponieważ dotyka tematu granic. Gdzie w danej kulturze leży granica między prawem, zdrowiem a artyzmem? Czym jest sztuka i czy różne jej dziedziny są etyczne? Czy prawo i etyka mogą kwestionować artyzm? Co jest jeszcze przejawem geniuszu, co jest objawem choroby psychicznej? 

Granica między zdrowiem psychicznym a sztuką wydała mi się najciekawsza - podobnie jak ukazanie choroby psychicznej z różnych stron. Przez podział książki widzimy spojrzenie na jedną osobę z kilku perspektyw oraz sposoby radzenia sobie z chorobą kogoś bliskiego. Ocena Yong-hye zależała od punktu widzenia - inaczej widział ją mąż, inaczej szwagier, inaczej siostra. Każde z nich poradziło sobie z jej historią na swój sposób. 

Książkę gorąco polecam, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nie jest to lekka i przyjemna lektura. Chociaż czyta się szybko, jej sens dociera do czytelnika z opóźnieniem, pozostawiając gęsią skórkę na całym ciele. 


Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 10.02.2020
Liczba stron: 256
Przeczytane: 7.02.2021
Ocena: 10/10

10/16/2020

10/16/2020

Bianca Okońska "Poza mną"

Bianca Okońska "Poza mną"

Nie da się kochać żywego człowieka tak samo, jak kocha się kogoś, kto nie żyje. Martwy człowiek nie ma wad. Nie zostawia otwartego mleka na blacie w kuchni, nie kruszy w łóżku, nie przelewa wody w wannie, nie ma zmarszczek, nie wypadają mu włosy, nie jest zazdrosny. 

Są takie książki, po których wiele się spodziewamy, głównie przez rozdmuchanie medialne. Często wystarczy przeczytać kilka pierwszych zdań, aby zweryfikować prawdę. W przypadku "Poza mną" weryfikacja nastąpiła po kilku stronach, a dopiero pod koniec książki zdałam sobie sprawę, dlaczego mam wobec niej mieszane uczucia. 

Główna bohaterka stoi w rozkroku między przeszłością a teraźniejszością, pochylając się nad dwoma zakończonymi związkami - namiętną miłością z czasów nastoletnich i rozsądnym, bezpiecznym małżeństwem. Chociaż względnie uporała się z tymi relacjami, wciąż są jej codziennością. Obok mniej lub bardziej bolesnych wspomnień pojawiają się momenty z jej pozornie uporządkowanego życia psychoterapeutki, które ponownie wywraca się do góry nogami, kiedy do jej drzwi puka On, a w gabinecie pojawia się nastolatek podobny do Niego. 

Książkę mogę podsumować jednym słowem. Zbyt. Zbyt mało sensu w zbyt wielu słowach. Zbyt wiele stron jest zbyt mocno zapełnionych zbyt dużą liczną zbyt zbędnych znaków. Książkę czyta się ciężko, a emocje bohaterki osiadają na czytelniku jak po trudnej i wyczerpującej sesji terapeutycznej, podczas której nie zbliża się nawet do konsensusu. Niestety, ale "Poza mną" odłożyłam na półkę z poczuciem bezsensownego brodzenia w słowach. 

Byłabym jednak zbyt surowa, gdybym nie dostrzegła kilku mocnych stron powieści. Bardzo odpowiadała mi konstrukcja, która podczas czytania była wybawiającym urozmaiceniem. Przede wszystkim jednak Bianca Okońska zachwyciła mnie gorzkim, niezwykle smutnym żartem - i to niejednokrotnie! Cudownie uchwyciła ponury uśmiech człowieka, który zwiesza głowę i godzi się ze swoim życiem, siląc się na resztkę dystansu i ikry. 

Właśnie dlatego nie mogłam zrozumieć, dlaczego "Poza mną" ogólnie nie przypadło mi do gustu, chociaż niezamierzony humor skradł moje serce. Kiedy pomyślałam o procesie czytania, zdałam sobie sprawę z tego, że książka jest nierównomierna. Najpierw wysoko, później drastyczny spadek, ciągnący się przez połowę powieści. Mniej więcej w połowie bardzo się wciągnęłam i pomyślałam, że teraz już będę tylko i wyłącznie zachwycona... Po czym znów zleciałam z dobrej górki literackiej i spadłam z poczuciem rozczarowania. Kiedy pełna napięcia oczekiwałam końca, otrzymałam neutralność w ostatnich zdaniach, nie znajdując zakończenia. 

Trudno jednak zakończyć książkę, która jako tako nie ma rozbudowanej fabuły. Rozumiem zabieg zrezygnowania z akcji na poczet opisywanych emocji, ale nie doszukałam się żadnych uczuciowych konkluzji na sam koniec. Mam wrażenie, że gdyby poszatkować "Poza mną", to zamiast nudnej powieści otrzymalibyśmy wciągające opowiadania. Tak też jawi mi się ta książka - jako nierównomiernej jakości fragmenty. 

Chciałabym zaznaczyć, że w "Poza mną" spotkałam najlepszą w mojej czytelniczej karierze postać psychologa lub/i terapeuty. Zazwyczaj autorzy nie mają pojęcia o pracy tych osób, więc nierealistycznie przedstawiają terapeutyczny świat. Tutaj spotkałam się z rzadziej spotykaną kreacją, czyli dobrym psychologiem - na wymiarze dobra i zła, nie na wymiarze kompetencji. Niestety, autorzy lubią przedstawiać psychologa na jako czarny charakter. W tej książce spotkamy terapeutę dobrego na pewno pod kątem charakteru, ale niekoniecznie kompetencji. 

Chociaż z początku sądziłam, że może powieść "Poza mną" jest dla mnie męczące, bo sięgnęłam po nią nie w tym momencie swojego życia. Doszłam jednak do wniosku, że niezależnie od sytuacji, książka wyssałaby ze mnie tyle samo energii, nie dając nic w zamian. Nie wyobrażam sobie czytania jej po zakończeniu związku, a tym bardziej w trakcie zamykania toksycznej relacji - nawet biorąc pod uwagę mój masochizm w takich chwilach. 

Nie wiem, komu mogłabym polecić lekturę. Sądziłam, że będzie dobra dla osób zmagających się z trudnymi relacjami, ale moja konkluzja jest zupełnie inna. 

Wydawnictwo: Mova
Data wydania: 30.09.2020
Liczba stron: 360
Przeczytane: 11.10.2020
Ocena: 3/10

10/11/2020

10/11/2020

Han Kang "Nadchodzi chłopiec"

Han Kang "Nadchodzi chłopiec"

Łzy zmarłych są naprawdę zimne. 

Łapię się na tym, że coraz chętniej sięgam po książki autorów z innego kręgu kulturowego. Nie bez przyczyny - każda kultura ma różnego rodzaju elementy, na które kładzie nacisk. Inne wartości, inna architektura, inna mentalność, inna przyroda, inny klimat... Aż w końcu inny sposób pisania. 

Fabuła powieści "Nadchodzi chłopiec" kręci się wokół kilkudniowej krwawej masakrze w południowokoreańskim Kwangju w maju 1980 roku, czyli wydarzeniach będących następstwem demonstracji przeciwko zamachowi stanu. Spoiwem łączącym książkę jest Tong-ho - młody chłopak, który zginął od wojskowych kul, chociaż wyszedł z ukrycia z podniesionymi rękami na znak poddania. Został zastrzelony, chociaż nie zasłużył na śmierć. 

Hang Kang zbudowała niesamowite dzieło literackie, brodząc wśród trudnych wspomnień i prezentując wydarzenia historyczne bez przesadnych, wybuchowych emocji. Z niezwykłą klasą przedstawiła przeszłość, unikając wypowiedzianych wprost moralnych ocen władz - tę część pozostawiła czytelnikom. Autorka dotknęła wrażliwych i sprzecznych zagadnień, jednocześnie nie zadając ciosów żadnej ze stron. 

Jestem pod olbrzymim wrażeniem budowy powieści. Chociaż wydawać by się mogło, że Tong-ho jest głównym bohaterem, to w rzeczywistości jest on powodem wystąpienia innych bohaterów. Za jego sprawą poznajemy historię różnych osób, podczas gdy jego osoba wybrzmiewa w gdzieś w tle, przeplata się mniej lub bardziej w życiorysie innych. Bezsensowna śmierć nastolatka jest małym płomykiem, którzy tli się we wspomnieniach ocalonych. 


Autorka zrezygnowała z wartkiej akcji na poczet uczuć i zabawy słowem. Mam wrażenie, że pierwsze rozdziały powieści powstały po to, aby czytelnik poczuł, jego serce drgnęło, myśli wystrzeliły w kierunku przeszłości, a jego oczy skierowały się w stronę normalnych ludzi, nie wielkich nazwisk. Druga połowa książki skupia się już bardziej rzeczowo na konkretnych wydarzeniach, na przedstawieniu historii na podstawie życia wybranych osób. Z kolei ostatni rozdział przepięknie podsumowuje całą powieść. Dowiadujemy się więcej o tytułowym chłopcu i dostrzegamy to, jak zaledwie 10 dni wywróciło do góry nogami zarówno życie indywidualnych osób, jak i całego społeczeństwa. To nie było tylko 10 dni - ten czas na zawsze zapisał się w zbiorowej pamięci mieszkańców, a uczestnicy nosili już zawsze ranę na swojej psychice. 

Jestem zachwycona niezwykle subtelnym i wyrafinowanym stylem autorki, która wśród wątłych i powabnych słów stawia kontrastowo te mocne, dosadne. Hang Kang potrafi zestawić delikatność i bezpośredniość śmierci, uchwalając brzydotę i piękno procesu umierania. Złapała skupienie czytelnika nie tylko odpowiednim doborem słów i przywoływaniem elementów, na które w naszej kulturze aż tak nie zwraca się uwagi, a które dodały powieści sensoryczności. Odbiorców łapie zwinnym manipulowaniem narracji, która angażuje uwagę, także przez bezpośredni zwrot czytelnika, jakby był jednym z uczestników przeszłości. 

Polecam "Nadchodzi chłopiec" każdemu, kto lubi powieści inne, specyficzne, sensoryczne i oryginalne. Takie, które nie są tylko zbiorem pustych pięknych słów, a są tymi, które niosą ze sobą pewien przekaz i historię. 

Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 30.09.2020
Liczba stron: 256
Przeczytane: 04.10.2020
Ocena: 9/10

8/01/2020

8/01/2020

Katarzyna Droga "Doktor Irka. Wojna, miłość i medycyna"

Katarzyna Droga "Doktor Irka. Wojna, miłość i medycyna"


O drugiej wojnie światowej mówi się w Polsce z niezwykłym patosem, a ludzi wówczas żyjących traktuje się z ogromnym szacunkiem. Chociaż powszechnie dostępne są relacje świadków tych czasów, wciąż trudno wyobrazić sobie jak wyglądało życie codziennie chociażby w okupowanej Warszawie. Ciężko, ponuro, szaro… A jednak oprócz łez i cierpienia, był też czas na miłość, przyjaźń, śmiech, naukę i snucie planów na przyszłość. 

Irenę Ćwiertnię wojna zastała w momencie wchodzenia w dorosłość. Zamiast wojną, powinna przejmować się studiami medycznymi. Z wiadomych względów, możliwość studiowana na uniwersytecie została jej brutalnie odebrana. To jednak nie pokrzyżowało jej planów – i tak miała zostać lekarzem, nawet jeśli oznaczałoby to ryzyko śmierci. Tym sposobem trafiła do Szkoły Zaorskiego, która działała pod przykrywką szkolenia personelu medycznego najniższego szczebla. To właśnie na zajęciach poznaje wspaniałych przyjaciół i swoją miłość – Jerzego. Jednak dowódca młodzieńca, który działa w konspiracji, powiedział jasno, że to nie jest dobry czas na miłość – zakochanie odbiera zdolność jasnego myślenia. Dla własnego bezpieczeństwa chłopcy z konspiracji nie powinni rozpraszać sobie uwagi pannami. Czy pomimo trudnych czasów, niebezpieczeństwa i wymagających studiów możliwe jest zbudowanie związku?

Książka „Doktor Irka” Katarzyny Drogi opowiada prawdziwą historię doktor Ireny Ćwiertni. Autorka bazowała na jej pamiętnikach z czasów okupacji i Powstania Warszawskiego, w których opisany został duch tajnego studiowania w Szkole Zaorskiego. Katarzyna Droga włożyła mnóstwo pracy, aby powieść była zgodna z wydarzeniami historycznymi oraz aby użyć nazwisk autentycznych postaci w odpowiednim kontekście. To jedna z nielicznych tak zgodnych z prawdą historyczną powieść fabularna o drugiej wojnie światowej. Ostatnio temat ten dobrze się sprzedaje, ale mnogość wydawanych pozycji daleki jest od jakości. To moja kolejna książka tej autorki i ponownie mogę polecić jej pracę. 

Z racji tego, że 'Doktor Irka" bazuje na pamiętnikach, świetnie zaprezentowane zostały charaktery i zawiłości osobowości postaci – przede wszystkim głównej bohaterki. Pamiętniki są osobistym i intymnym świadectwem więc zanurzamy się wręcz w myślach studentki Irki. Jakie one są? Zwyczajne. Ponieważ oprócz wojny, która dzieje się za oknem, dzieje się też - lub raczej przede wszystkim - jej życie. Nic dziwnego, że zaprząta sobie głowę zdobyciem pieniędzy na nowe buty do szkoły lub sukienkę, która przystoi przyszłej pani doktor. Ot, zwyczajna dziewczyna w niekoniecznie zwyczajnych czasach. 

Ale i tak największym zmartwieniem Irki są trudne egzaminy.  Z lektur szkolnych wiele z nas ma obraz tego, czym groziło tajne nauczanie i jak ono wyglądało. Na lekcjach historii i języka polskiego zazwyczaj wspomina się o studiowaniu kierunków, które nie wymagały aż takiego trudu organizacji. Czym innym jest nauczanie polonistyki na tajnych kompletach, a czym innym nauczanie medycyny. Tutaj książki w języku polskim okazywały się niewystarczające – potrzebne były preparaty, zwłoki na sekcje, szkielety i praktyki na oddziałach szpitalnych. Studentom podczas pierwszych sekcji zwłok towarzyszył nie tylko strach przed zwłokami, ale też strach przed ewentualnym nakryciu ich przez hitlerowców. 

Pokazanie życia codziennego studentów oraz prozaicznych myśli dziewcząt odebrało książce zbędnego patosu. Na całe szczęście! Dostaliśmy namiastkę prawdziwego życia normalnych młodych ludzi w tamtym czasie – stali się oni wręcz namacalni, bliscy i podobni do nas. Różnili są od tylko tym, że codziennie ryzykowali życie, aby Polska w końcu była Polską. Książka jest świadectwem nie wielkich bohaterów, ale zwyczajnych osób. Takich, których codziennie moglibyśmy mijać na ulicy. Nie nosili oni orderów, ani nie budzili respektu mundurami. Ich mundurami były uśmiech, a w sercu mieli dumę i pragnienie wolności. To nie byli tylko powstańcy, ale też czyiś synowie, bracia, mężowie, wnukowie, ojcowie, a Katarzyna Droga skupiła się przede wszystkim na tych aspektach ich życia, co nadało jej pracy niezwykłej prawdziwości. 

Autorka przepięknie przedstawiła tych ludzi chwilę przed i w trakcie Powstania Warszawskiego – także bez sztucznej atmosfery wzniosłości. Na barykadach walczyli zwyczajni chłopcy, którzy zakładali się o serca koleżanek ze szkoły. Sanitariuszki poprawiały swoje zakurzone po bombardowaniach ubrania, chcąc przypodobać się swoim narzeczonym. Warszawskie kanały śmierdziały okrutnie, a we włosach gnieździły się wszy. Była śmierć wśród przyjaciół, ale i wśród wrogów. Możliwość wykąpania się i skorzystania z toalety w opuszczonej kamienicy majaczyła się jako sen. Zapasy żywności malały z dnia na dzień, więc posiłki były coraz gorsze, choć na początku były smaczne i syczące. Wśród tego wszystkiego był czas na ślub, zakładanie rodzin. Nie było czasu na fałsz, więc nikt nie wątpił w prawdziwość uczuć - dlatego nie podważano miłości, a jedynie martwiono się, czy w wyznaczonym terminie uda im się zawrzeć związek małżeński. Kiedy po kapitulacji otoczyła ich beznadziejność i bezradność, wciąż silnie wierzyli w siebie i z nadzieją wypatrywali znajomych twarzy, chcąc znaleźć je wśród żywych, a nie wśród rozkładających się ciał i gruzowisk. 

Często sytuacje w książce zestawione są na zasadzie kontrastu, a emocjonalność tych wydarzeń podsycana jest językiem autorki – nierzadko brutalne wydarzenia przedstawione są prosto i konkretnie, niczym cięcie nożem. Z kolei o napięcie akcji Katarzyna Droga zadbała poprzez ciekawy sposób przedstawiania kolejności wydarzeń – nie skupiała się w tym na chronologii, ale na uczuciach głównej bohaterki oraz czytelnika. Czasami wiemy więcej od głównej bohaterki, ale na niektóre informacje mówimy czekać przez wiele, wiele, wiele stron. Odsłanianie prawdy o pewnych wydarzeniach zajęło sporo rozdziałów, ale Irka dążyła do niej przez kilkadziesiąt lat. 

Początkowo „Doktor Irka” wydawała mi się ciężką w odbiorze lekturą, jednak akcja szybko się rozwinęła, a Katarzyna Droga kolejny raz pozytywnie mnie zaskoczyła - przede wszystkim swoją empatią i umiejętnością wczuwania się w bohaterów. Autorka potrafi kreślić z niesamowitą autentycznością portrety ludzi z minionych lat, przybliżając czytelnikowi ich życie codziennie oraz przemycając w ciekawy sposób dużą dawkę wiedzy historycznej.  


Wydawnictwo: Znak Literanova
Data wydania: 22.06.2020
Liczba stron: 356
Przeczytane: 30.07.2020
Ocena: 9/10

2/27/2020

2/27/2020

Lily Graham "Dziecko z Auschwitz"

Lily Graham "Dziecko z Auschwitz"


Życie nie czeka jednak, aż będziemy gotowi. Zwykle rzuca nas na głęboką wodę i zmusza do pływania. Niezależnie od tego, jak się czujemy. 


OPINIA PRZEDPREMIEROWA

Obecnie rynek wydawniczy zalewany jest literaturą obozową - to powieściowy trend, który łatwo się sprzedaje. Fabularne książki historyczne poprzez ciekawą opowieść pokazują realia ówczesnego życia, przybliżając nam ważne wydarzenia. Problem polega na tym, że wiele powieści zupełnie nie spełnia tej funkcji, rozmywając się z prawdą historyczną. Być może właśnie dlatego tak długo o Auschwitz czytałam tylko pozycje naukowe. W końcu zaryzykowałam, a moje ręce wpadło "Dziecko z Auschwitz" Lily Graham.

Eva Adami postanawia za wszelką cenę odnaleźć swojego męża, którego ostatni raz widziała na peronie w Theresienstadt - miasta, pełniącego funkcję getta i obozu koncentracyjnego. Udaje jej się ustalić, że Michal najprawdopodobniej przebywa w Auschwitz. Zamierza się tam dostać, wbrew zdrowemu rozsądkowi i głosom rodziny. Jej przyjaciółka Sofie nie zastanawia się długo i także kieruje się do pociągu, jadącego we wschodnim kierunku - tym bardziej, że być może do tego samego miejsca trafiła jej kuzynka, która ukryła gdzieś jej syna. 

Tytuł jest bardzo mylący - to nie jest książka o dzieciach. Owszem, Sofie ma syna i chciałaby go odnaleźć, jednak jest pewna, że nie znajduje się on w Auschwitz. Tytułowe dziecko pojawia się dopiero na koniec lektury i niewiele wnosi w całą fabułę. Jeśli ktoś wybrał tę pozycję ze względu na wątek niemowlęcia w obozie, zdecydowanie będzie rozczarowany - nie da się ukryć, że to opowieść głównie o przyjaźni dwóch kobiet oraz jej znaczeniu w tak trudnych okolicznościach.

Niestety, dla mnie lektura była frustrująca głównie ze względu na kłamstwa. Zaznaczyłam sporo fragmentów, które są sprzeczne z prawdą historyczną. Nie mówię o ewentualnych uśmiechach losu, szczęśliwych przypadkach i niezwykłych wyjątkach, które są mało prawdopodobne, a jednak możliwe - nawet na terenie obozu śmierci. Mówię o konkretnych wydarzeniach lub faktach, które są oczywistością. Wiele z opisywanych sytuacji trąci fałszem i jest wyssana z palca.

Mogłabym jeszcze przełknąć zmianę przebiegu niektórych wydarzeń na potrzeby fabuły lub przymknąć oko na zaprzeczanie faktom, gdyby autorka przyłożyłaby się do realistycznego opisu obozu. Jeśli dostałabym dobrze przedstawiony obraz życia codziennego więźniów Auschwitz, lektura spełniłaby swoje zadanie - dowiedziałabym się, co czuli i jak żyli ludzie w barakach. Mam wrażenie, że nie otrzymałam nawet namiastki tego, czego się spodziewałam po literaturze obozowej. 

Wynika to nie tylko z braku solidnego przygotowania się do tematu, ale także z kiepskiego stylu Lily Graham. Niestety, niespójność historyczna to tylko jedna strona medalu. Autorka nie jest spójna sama ze sobą. Ba, nawet opis okładkowy jest odrobinę niespójny z fabułą, nie przytaczając już nawet wspomnianego wcześniej tytułu. Logika to fundamentalna sprawa w każdej książce, a jej brak położy na łopatki nawet najciekawszy pomysł na budowanie świata przedstawionego.

Rozdrażniła mnie również infantylność kreacji bohaterów - nie mam tutaj na myśli tylko samych charakterów, choć i one nie były zbyt rozwinięte. Autorka zastosowała podział wyciągnięty z głowy przedszkolaka. Oni, czyli Niemcy - źli, zawsze cuchnący alkoholem, despotyczni, przymykający oko tylko w interesownych sprawach, wiecznie spragnieni seksu z więźniarkami, śmierdzący, z pożółkniętymi gałkami ocznymi. Wszyscy. Bez wyjątku. Przypisanie wszystkim nazistom tak samo złych i charakterystycznych cech było aż nienaturalne - jakby autorka poszła w klimaty fantastyki apokaliptycznej, a obozem rządziło stado niezaspokojonych seksualnie, pijanych i żółtookich wilkołaków. Nie dodaję teraz dobroci oprawcom, ale Lily Graham zdecydowanie za mocno popłynęła w epitetach, które nijak się miały do kontekstu. Oczywiście, druga strona jest zawsze wybielona, pełna nadziei, miłości do wszystkich, dobrotliwa, pokojowa... Taki podział sprawił, że bohaterowie byli bez wyrazu - albo ktoś był dobry, albo zły. Nie liczył się konkretny bohater, tylko jego przydział do jednej lub drugiej grupy.

Na samym końcu znajduje się notka od autorki. Wyjaśnia w niej, czyje historie zainspirowały ją do napisania książki. Mam nieodparte wrażenie, że gdyby trzymała się swoich inspiracji, wyszłoby zdecydowanie lepiej. Połączyła za dużo wątków, co po prostu nie mogło się udać. W "Dziecku z Auschwitz" chciała zmieścić zbyt wiele - wystarczyło skupić się na jednym elemencie i solidnie się do niego przygotować.

Moim zdaniem nie warto tracić czasu na tę książkę. Osoby interesujące się tematyką obozową poczują się rozczarowani brakiem spójności historycznej, z kolei koneserzy dobrej literatury nie znajdą tutaj nietuzinkowego stylu, porywającej fabuły ani świetnej kreacji bohaterów.

Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 11.03.2020
Liczba stron: 315
Przeczytane: 24.02.2020
Ocena: 2/10

2/25/2020

2/25/2020

Sofi Oksanen "Gdy zniknęły gołębie"

Sofi Oksanen "Gdy zniknęły gołębie"


Bo choć człowiek może stworzyć sobie nową tożsamość, może przybrać nowe nazwisko, wymyślić nową biografię, zawsze go wyda jakiś drobiazg z poprzedniego życia. 

Mam wrażenie, że polska narracja historyczna ma za zadanie pokazać nasz naród jako światowego męczennika. Najgorsze rzeczy przydarzyły się nam (przydarzają, bo ktoś nam je wyrządza, a sami nie jesteśmy za nie odpowiedzialni nawet w najmniejszym procencie). Jeśli na świecie działo się coś złego, to u nas i tak działo się gorzej, więc inni nie mogą narzekać. Być może właśnie dlatego jesteśmy zamknięci na historię innych państw i nie dostrzegamy bolesnych stron na cudzych kartach historii. 

Jedną z takich kart pokazuje nam fińsko-estońska pisarka Sofi Oksanen w swojej książce "Gdy zniknęły gołębie". Powieść za pomocą historii rodziny przedstawia obraz Estonii za czasów okupacji niemieckiej oraz władzy sowieckiej. Roland jest oddanym patriotą, który marzy o wolnej Estonii. Zrobi wszystko, aby zawalczyć o niepodległość swojego kraju - nawet jeśli musi przeciwstawić się władzy i narazić swoje życie. Z kolei jego kuzyn Edgar zrobi wszystko, aby władza go uwielbiała. Jakakolwiek by ta władza nie była, świetnie wpasowuje się w jej struktury. Poglądy są dla niego nieważne - ważne są natomiast prywatne korzyści materialne i zaspokojenie własnej pychy. 

Chociaż wydawać by się mogło, że "Gdy zniknęły gołębie" to przede wszystkim historyczna pocztówka Estonii, autorka postawiła przede wszystkim na ludzką psychikę. Sofi Oksanen rewelacyjnie przedstawiła motywy, jakie targają ludźmi podczas trudnych wydarzeń - szczególnie podczas moralnego dylematu nad własnym bezpieczeństwem a czystością swojego sumienia. Osiągnęła to głównie dzięki niezwykle wnikliwej kreacji głównych bohaterów, których połączyła historia żony Edgara. To ona była spoiwem całej książki i to właśnie jej postać wydaje się najbardziej tragiczna. 

"Gdy zniknęły gołębie" idealnie przedstawia fałsz lisich ludzi, którzy nie potrafią oprzeć się pokusie. Sylwetka Edgara jest zawiła głównie nie względu na jego powierzchowną zmienność. Bez problemów dostosowuje się do nazistowskiej rzeczywistości, brylując wśród niemieckich żołnierzy. Sprytnie manipuluje faktami, aby zrobić z siebie bohatera. Chwilę później zaskrabia sobie zaufanie władzy sowieckiej, działając w jej strukturach. Chociaż jego poglądy są zmienne, jego pragnienia pozostają takie same. 

Powieść jak topniejący lód odkrywa przez nami historię, która pozostawała dla nas nieznana. Kto z nas słyszał o obozach koncentracyjnych, działających na terenach Estonii? Konzentrationslager Klooga? To tylko jedna z nieznanych nam, a jakże zatrważających historii tego kraju. W książkach Katji Kettu spotkałam się z zestawieniem najważniejszych wydarzeń podczas opisywanego okresu - krótko rozpisane daty. W tej książce również pokuszono się o podobną listę, ale z użytymi określeniami, które powiązane są z przedstawionymi wydarzeniami. To dodaje pozycji więcej autentyczności. 

Ponadto, autorka z niezwykłą starannością oddała rzeczywistość tamtych czasów - i nie mówię tego tylko w kontekście prawdy historycznej, z którą Sofi Oksnanen starała się być cały czas zgodna. Słowami odmalowała obraz miasta po bombardowaniu, zauważyła deficyty w produktach w tamtych czasach, zilustrowała obraz estońskiej wsi, zwróciła uwagę na znaczące detale. To wszystko uchwyciła dzięki doskonałemu stylowi.

Udało mi się znaleźć także fragment, który z pewnością ucieszy koneserów polskich wątków w powieściach zagranicznych autorów. W czeluściach słów znajduje się nawiązanie do sprawy Katynia. 

Chociaż książka jest trudna w odbiorze i trzeba się nad nią naprawdę skupić, to jej czytanie przynosi mnóstwo satysfakcji. "Gdy zniknęły gołębie" to solidny kawał dobrej literatury, taki z najwyższej półki. To jedna z tych powieści, która przez swoją wyrazistość pozostaje w pamięci na długo. 

Wydawnictwo: Wydawnictwo Czarne
Data wydania: 19.04.2015
Liczba stron: 368
Przeczytane: 02.02.2020
Ocena: 9/10

12/29/2019

12/29/2019

Sylwia Kubryńska "Biurwa"

Sylwia Kubryńska "Biurwa"


Są chwile, gdy czujesz, że miejsce, gdzie się znalazłaś, nie jest miejscem, w którym znaleźć się zamierzałaś. 
Nie zamierzałam pracować w kabarecie. 

Mam ciekawą przypadłość znajdowania niecodziennych książek zupełnie przypadkowo. Jako że od zawsze pracuję w biurze, a przez dwa lata egzystowałam w urzędzie, temat papierkowej pracy jest mi bliski. Pewnego dnia przeglądając Instagram, zobaczyłam zdjęcie pewnej zielonej książki i pomyślałam, że muszę ją mieć. 

Sylwia Kubryńska za pomocą "Biurwy" uzmysłowiła mi, co w pracy jest ważne - "żeby nie było spiny i żeby było wiadome". So true. "Biurwa" to relacja kobiety, która zmaga się z urzędniczą posadą. Wiecie, mnóstwo segregatorów, jeszcze więcej pieczątek, ludzie od niczego, inspektorzy do spraw żadnych, powaga urzędu i absurd ważnych sytuacji. Wśród tego wszystkiego nasza bohaterka Ewa - matka dwójki dzieci i partnerka na pół gwiazdka, która o byciu żoną może tylko pomarzyć. 

Autorka w krzywym zwierciadle przedstawiła pracę w urzędzie, co doskonale rozumiem, ale... Chciałabym w takim urzędzie pracować, naprawdę. Moje doświadczenie stukało głośno obcasami, kiedy czytałam tę książkę. Dlaczego? Otóż dlatego, że według lektury praca w biurze polega na jedzeniu serniczka, zmienianiu butów, kłamaniu, jedzeniu serniczka, tuszowaniu przewinień, jedzeniu serniczka, chodzeniu od pokoju do pokoju i ponownym jedzeniu serniczka. 

Rozumiem takie przedstawienie sytuacji, ale nie spodziewałam się aż tak stereotypowego i nieprawdziwego obrazu urzędniczej posady. Urzędnicy są tak piętnowani ot tak, że rozpowszechnianie kolejnego absurdalnego obrazu nie wydaje się wskazane. Wielu ludzi sądzi, że urzędnik siedzi za pieniądze podatników i nie chce im pomóc, bo musi wypić kawkę. Zazwyczaj, jeśli ktoś nie chce nam pomóc, to po prostu nie może i ma ku temu ważny powód, jakim jest nasze absurdalne i często sprzeczne prawo. Wielokrotnie byłam w sytuacji, gdy chciałyśmy w jakiś sposób pomóc petentowi, ale nasz urząd nie miał do tego uprawnień, a prawo związywało nam ręce. 

Mówienie, że "nikt nie jest od tego" jest także nie na miejscu, ponieważ w praktyce każdy jest od wszystkiego. Często jedna osoba w urzędzie pełni tak różne funkcje i ma tak skrajne obowiązki, że głowa mała. Do tego ktoś inny ma podobny zakres zadań, ale jednak inny, bo tak trzeba, bo takie są wytyczne, bo tak ustalono prawo. Dlatego często wydaje nam się, że nikt nie jest od owego tego, czymkolwiek ono jest. To plus czynnik ekonomiczny to główne powody szybkiego wypalenia pracy każdej biurwy. 

Do książki wkradła się także mała nieścisłość. Nasza bohaterka podobno całymi dniami nie ma nic do roboty, a zaraz okazuje się, że pracę zabiera do domu i pracuje nawet podczas kąpieli. Po lekturze zdałam sobie sprawę, że bardzo, ale to bardzo zabrakło chociaż kilku słów o petentach, bo to własnie oni sprawiają, że praca w urzędzie ma smaczek. Jeszcze nie wiem, czy są oni powodem miłości czy nienawiści, ale na pewno są kluczowi w pracy urzędnika. 

"Biurwa" ma jednak więcej plusów niż minusów. Najważniejszym z nich jest humor, połączony z dystansem i dramaturgią. Książka kipi od ironii, sarkazmu i cynizmu, co osobiście uwielbiam. Narracja poprowadzona jest w taki sposób, że buduje napięcie przed każdym, jakże ważnym wydarzeniem w urzędzie... A przecież nigdy nie wiadomo, jakie ważne wydarzenie będzie miało miejsce kolejnego dnia w tym jakże dynamicznym miejscu pracy. 

Żartobliwe docinki podsycały detale, które autorka naprawdę świetnie wychwyciła. Kolejna para butów w urzędniczej szafie, obraza o nowy - używany mebel w pokoju, lokalizacja gabinetu, rewia mody urzędniczek i inne niuanse. Idealnie przedstawiła też serce pracy w urzędzie, czyli humor burmistrza. Wierzcie mi, to jest istotny czynnik, wpływający na życie (a etat już na pewno!) każdej biurwy. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy zapytano mnie, w jakim humorze przyszedł dziś kierujący urzędem. To była niewiadoma, wokół której kręciło się funkcjonowanie wszystkich pracowników. Szef (inspektor, dyrektor, burmistrz, starosta czy ktokolwiek inny) ma także moc zlecania czegoś. Czego? To już trzeba samemu do tego dojść. Trzeba coś zrobić - wymyśl coś, zrób coś. Co? Nikt nie wie. Ale ważne, żeby to coś zrobić. 

Zaskoczyła mnie poruszona kwestia zarobków. Wszystkim wydaje się, że urzędnicza pensja to wygrana w Lotto, ale w rzeczywistości najczęściej jest to najniższa krajowa lub niedużo wyższa kwota. Jeśli jest to już jakaś konkretna liczba, to zakres obowiązków w stosunku do niej jest niewspółmierny i na tym samym stanowisku w jakiekolwiek firmie zarobicie więcej. Autorka przedstawiła kwestię wypłaty i ewentualności przedłużenia umowy o pracę. 

"Biurwa" to książka nie tylko o pracy w urzędzie. Jestem pewna, że sporo osób, podejmujących jakąkolwiek pracę biurową, odnajdzie tutaj cząstkę swojego życia. Praca w urzędzie i praca w biurze to dwa osobne tematy, ale ostatecznie każdy chce, "żeby nie było spiny i żeby było wiadome". Motto każdego pracownika biurowego, niezależnie od branży. 

Ponadto, z bohaterką mogą utożsamiać się pracujące rodzicielki, a w szczególności matki samotnie wychowujące dzieci. Introwertyczne spojrzenie Ewy pozwala zrozumieć myśli zapracowanej matki Polki - chęć spędzenia z dziećmi czasu, potrzeba większego zarobku, aby utrzymać całą rodzinę, a także tlące się marzenie o ciekawej pracy, która nadałaby życiu więcej sensu i celu.  

"Biurwę" serdecznie polecam. Sprawdzi się idealnie jako słodko - gorzka lektura na jeden, góra dwa wieczory. 

Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data wydania: 28.09.2016
Liczba stron: 304
Przeczytane: 27.11.2019
Ocena: 7/10

10/22/2018

10/22/2018

Tove Jansson "Wiadomość"

Tove Jansson "Wiadomość"
Dziś jest prawdziwa, zwyczajna szarość, anonimowy dzień bez czasu, dzień, który się nie liczy. 

To, że kocham Tove Jansson jest po prostu oczywistym faktem. Mama Muminków skradła moje serce, ale tak naprawdę moje uczucie przypieczętowała "Córka rzeźbiarza". Książka ta była dla mnie magiczna i wyjątkowa - mogę śmiało powiedzieć, że stanowi dla mnie niedościgniony wzór, którego nie mogę znaleźć w literaturze. Nic więc dziwnego, że wszystkie książki Tove porównuję do tej jednej, ukochanej. Jak było z "Wiadomością"? Dla mnie klasyfikuje się pomiędzy "Córką rzeźbiarza", a "Słonecznym miastem", które było ogromnym rozczarowaniem.

Najpierw nic się nie dzieje, a potem trzeba wybierać, to trudne. 

Tove nie zaskakuje stylem nikogo, kto zna już jej twórczość. To ten sam prosty styl, uroczy w swojej skromności. Autorka barwnie maluje minimalizmem. Nie mam pojęcia, jak ona to robi - z jednej strony trafia w sedno, oszczędzając słowa, a z drugiej strony czuję jej myśli wszystkimi zmysłami. Jak można zawrzeć tyle emocji w prostocie? Po prostu czuć sytuację każdego z opowiadań, które wchodzi w skład "Wiadomości".

Trzeba brać rzeczy takimi, jakie są. 

Pozycja ta stanowi świetny pomost między Muminkami, a literaturą dla dorosłych w wydaniu Tove. Jeśli ktoś kończy czytać książeczki o tych uroczych trollach, spokojnie może wybrać jako kolejną lekturę autorki właśnie "Wiadomość". Fani Muminków będą mieli niezłą zabawę w rozpoznawaniu w bohaterach opowiadań Muminków - ot, znane trolle w ludzkiej wersji. Tylko kto jest kim? Ten zabieg świetnie pokazał, jak niewiele różni się literatura dziecięca od literatury dla dorosłych.

Ale wiesz, jak to jest ze sławnymi mężczyznami, zapominają, kto w nich wierzył, gdy jeszcze byli nikim. 

"Wiadomość" rewelacyjnie obrazuje proces twórczego inspirowania się. Zawiera mnóstwo wątków autobiograficznych, dlatego nie nadaje się na początek przygody z autorką - zdecydowanie polecam sięgnąć po tę pozycję po przeczytaniu biografii Tove Jansson. Wówczas można czuć niedosyt oraz nie wszystko będzie się w pełni rozumieć. Pisarka opowiada głównie o swojej rodzinie i dla mnie jest to zbiór opowiadań o relacjach rodzinnych. Wspomnienia z dzieciństwa pokazują, jak duży wpływ na życie autorki oraz jej twórczość miały bliskie jej osoby.

Krytykuję je, bo są tak dobre, że mogłyby być jeszcze lepsze... 

Oczywiście, nie sposób wspomnieć o wydaniu. Gustowna, ale skromna okładka perfekcyjnie wpasowuje się w styl Tove Jansson i obrazuje jej twórczość. Ogromnie cenię wydawnictwo Marginesy za przepiękne, minimalistyczne wydanie, które na myśl zawsze przywodzi mi Finlandię - i to taką, jaką maluje przede mną ukochana Tove.

Vando, jak długo wolno być młodym? 

Wydawnictwo: Marginesy
Data wydania: 11.02.2015
Liczba stron: 320
Przeczytane: 20.05.2018
Ocena: 7/10


2/06/2017

2/06/2017

Mika Waltari "Coś w człowieku"

Mika Waltari "Coś w człowieku"
Może życie jest podobne do snu i nie ma dużej różnicy między dniem a nocą, wszystkie dnie są takie same i wszystko zło kiedyś się kończy, a piasek zapomnienia sypie się na twoją pamięć. 

Mika Waltari to fiński pisarz, znany w Polsce głównie dzięki powieściom historycznym, chociaż w swoim dorobku ma ogromną ilość dzieł w wielu gatunkach. Autor zaskakuje mnogością uprawianych gatunków. Bez wątpienia jest to także najbardziej płodny pisarz fiński, po którego książki chętnie sięga się również poza granicami Suomi, stąd też jego dzieła zostały przetłumaczone na czterdzieści języków.

Byłem jednak zawsze zdania, że zbyt wielką wagę przypisuje się pocałunkom, to w gruncie rzeczy niewiele łączy obie strony, po prostu dorośli całują się wtedy, kiedy nic ciekawszego nie wymyślą. Niektórzy całują, gdy nie znajdą odpowiedniejszego tematu do dyskusji z obcą osobą, inny zaś naprawdę tylko po przyjacielsku, by sprawić przyjemność drugiej osobie, a w ogóle całowanie nie jest najgorszym tematem. 

Swoją przygodę z tym pisarzem rozpoczęłam nietuzinkowo, bo od "Chińskiego kota"- pierwszej jego bajki zaprezentowanej w języku polskim. Pozostawiła we mnie dobry smak, więc tym razem postanowiłam sięgnąć po coś bardziej wymagającego. Wybór padł na "Coś w człowieku".

Dopiero bliskość ciała drugiego człowieka pozwala nam w pełni zrozumieć swoja samotność. 

O treści kryjącej się pod tytułem nie wiedziałam w zasadzie nic, więc ze zdziwieniem odkryłam, że jest to zbiór trzech opowiadań. Czytając pierwsze, tytułowe opowiadanie, w głowie miałam fiński marazm, marność, melancholię, upór i pierwotną dzikość państw północnych, a więc ogólną fińską cechę, jaką jest sisu. Jest to historia pewnego młodzieńca i jego dziwnej, pokręconej, a nawet niezdrowej miłości. Z całą pewnością w naszej kulturze ciężko o tak pokrętny schemat uczuć, więc było to ciekawe doświadczenie czytelnicze.

Widocznie człowiek nigdy nie zadowoli się tym, co posiada, tylko wiecznie wyciąga chciwe ręce, a jeśli jest mu dobrze, za wszelką cenę stara się to szczęście zniszczyć, bo nigdy nie jest kontent ze swojego losu, bo sam kręci na siebie bicz i szuka zgryzot na własne utrapienie - takie są cechy żywego człowieka. 

Opowiadanie "Nie doczekać jutra" stało się bezsprzecznie moim ulubionym, nie tylko wpośród trzech w tym tomie, ale w ogóle czytanych przeze mnie lektur. Poznajemy w nim mężczyznę, który potrąca małego chłopca podczas przejażdżki samochodem ze swoją kochanką. Autor koncentruje się w nim na odczuciach bohaterów po tym wydarzeniu. Chociaż mężczyzna na swoim koncie ma niejedno istnienie przez swoją wojskową przeszłość, jego odczucia koniec końców zaskakują i jego. Cudowne opowiadanie o wartościach w życiu człowieka, a także o jego sumieniu.

Ale słowo "gotów" jest przerażające, bo oznacza ono, że człowiek dojrzał już do śmierci. 

Ostatnie były "Cztery zmierzchy", które okazały się największym rozczarowaniem i nad którym męczyłam się dość długo. Skłonna byłam nawet przerwać czytanie, jednak ciekawość dalszych losów okazała się większa. Motyw serca męża, które żona pieczołowicie przez lata przed nim chowała zaintrygował mnie aż nadto. Ostatecznie jednak wykonanie było mizerne i niepotrzebnie rozciągnięte na zbyt wiele stron.

I myślę, że człowiek umiera z chwilą, gdy zamknie się w swej doskonałości, choćby jego ciało umarło dużo później. 

Waltari zaskoczył mnie swoim unikatowym stylem, choć nie czytało się tej pozycji zbyt lekko. Fragmenty były dla mnie zbyt męczące i monotonne, szczególnie przez skłonność autora do powtarzania pewnych części zdań. Być może wymagały tego owe opowiadania, więc mam nadzieję, że w kolejnych przeczytanych przeze mnie powieściach tego twórcy nie spotkam się już z takim oporem. Jednocześnie pozycję czytało się miło, a przez dokładne opisy niejednokrotnie miałam wrażenie, że sama w jakiś magiczny sposób przeniosłam się do Finlandii i jestem obserwatorem opisywanych zdarzeń. Poza tym byłam zadziwiona faktem pojawienia się ironii i sarkazmu, czego jestem absolutną fanką.

Jesteś pierwszym mężczyzną, który w taki sposób przez nieuwagę zostawił u mnie swoje serce. To niezbyt dla mnie pochlebne. 

Nie mogłam znaleźć wspólnego mianownika opowiadań, przez który zostały umieszczone w jednym tomie. Fiński nastrój artystyczny, melancholijność na pograniczu smutku i charakterystyczny styl autora nie były czynnikami wystarczającymi. Podobno powodem jest motyw miłości. Faktycznie, jest to prawda. Jednak ja w opowiadaniach doszukiwałam się głębszej prawdy, szczególnie w "Nie doczekać jutra", więc powtarzalność motywu miłości nie od razu rzuciła mi się w oczy.

Każda doskonałość przeraża człowieka, bo życie zmusza go do błędów i wypaczeń. 

Jeśli ktoś jest chętny do zaznajomienia się w fińską obyczajowością i kulturą, zbiór "Coś w człowieku" autorstwa tamtejszego klasyka jest do tego idealny. W moim odczuciu opowiadanie "Nie doczekać jutra" powinno się jednak znaleźć w kanonie lektur każdego szanującego się czytelnika, bez względu na jego kulturowe zainteresowania.

Słowo "gdyby" jest podobne do zardzewiałego gwoździa, który powoli pogrąża się w ciele człowieka. 

Przeczytanie: 20.03.2016
Ocena: 7/10


Copyright © Satukirja , Blogger